14 stycznia 2010

Pożegnanie Ikarusów

Nie bez przyczyny poznański tabor MPK jest uznawany za najnowocześniejszy w Polsce. Za ponad 58mln. zł. zotanie kupionych 75 nowoczesnych niskopodłogowych autobusów. Po co aż tyle? A to dlatego, że w Poznaniu zostanie całkowicie wymieniony przestarzały tabor w skład którego wchodziły jeszcze poczciwe Ikarusy- ostatnie wysokopodłogowe autobusy w Poznaniu. Niestety mały sentyment zostanie do cieżkich, hałaśliwych, zimnych (co widać na zdjęciu szyby) i niewygodnych Ikarusów, ale czas ustąpić miejsca nowoczesności. W końcu to będzie wizytówka Poznania na zbliżające się Euro 2012.

Z tej okazji nie odmówiłem sobie ostatniego liniowego kursu tym już prawie historycznym pojazdem. Dziś wyjechały ostatni raz na trasy, więc warto to było uwiecznić na zdjęciach. Narzekałem na ich toporność, ale będzie brakować tego drżenia wszystkich elementów wewnątrz. Będzie brakować trzaskających drzwi. Będzie w końcu brakować słynnego przegubu który był moim ulubionym miejscem z dzieciństwa kiedy to na zakrętach nogi rozjeżdżały się w przeciwne strony.

Poniżej fotki ze wspomnianego kursu. Kierowała przesympatyczna pani która do wszystkich się uśmiechała i przyjaźnie machała ręką tym, którzy byli zainteresowani tym pojazdem.









13 stycznia 2010

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Widziałem rozwieszone ogłoszenia, a raczej zdjęcia dziewczyny z dopiskiem "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" oraz numery telefonu na policję. Może wcale bym o tym nie wspominał, ale zaprząta mi to moje myśli. Tylko z tego powodu, że chyba widziałem tę dziewczynę. Właśnie piszę chyba, bo tak naprawdę pewności nie mam. Tak samo jak ją widząc nie wiedziałem czy dzwonić na 997 czy podejść się zapytać czy jej ktoś nie szuka- bez sensu. Może wywołam nieuzasadnione zamieszanie, może się mylę? Dziewczyna nie wyglądała na taką która by zaginęła lub taką bardziej która się ukrywa. No to dlaczego była podobna do tej ze zdjęcia na słupach, przystankach? Do czego zmierzam. Takich dziewczyn do tego nieszczęsnego zdjęcia pewnie można przypasować dużo więcej, a cały mętlik w mojej głowie to wina tego co notkę o zaginionej sporządzał.

Zdjęcie było czarno białe, jakby prześwietlone i jeszcze do tego nie było niczym innym jak słabej jakości kserokopią pewnie z innej kopii. Więc patrząc na twarz poszukiwanej mogłem jej wiek określić jako "wypindraczonej" 14-stki jak również zadbanej 30-stki. No rozpiętość ogromna. Nie można było napisać na ogłoszeniu ile ma lat? Byłoby łatwiej. No i chociaż imię dziewczyny- jakbym znał i krzyknął na spotkaną na ulicy może by się odruchowo odwróciła? I miejsce skąd jest. Nie wiem czy poszukiwana z Poznania czy tutaj mogła tylko przebywać. Wzrost też nie jest bez różnicy, bowiem ze zdjęcia twarzy nie rozpoznam czy ma ona 160 czy ponad 180 cm wzrostu. Podobnie ma się sparawa z kolorem włosów (na zdjęciu zawsze odcień szarości) i kolor oczu (na czarno-białym zdjęciu chąc nie chcąc będą grafitowe). To są dane podstawowe do identyfikacji poszukiwanej. Gdyby ktoś wykazał odrobinę wysiłku i zamieścił te dane pod zdjęciem, o ile byłoby mi łatwiej rozpoznać obserwowaną dziewczynę czy aby nie jest poszukiwaną. Szkoda, że takie niedopatrzenie bardzo ogranicza szanse odnalezienia zaginionej. A może już ją widziałem?

12 stycznia 2010

Krew

Po weekendowej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w dniu wczorajszym jeszcze ja dołożyłem swoją małą cegiełkę. Pewnie na inny cel niż dzieci z chorobami nowotworowymi, ale mimo wszystko myślę, że równie potrzebny. Mianowicie byłem oddać krew. Nie robię tego często, a wiem, że pewnie mógłbym. Nie robię to też dla dnia wolnego, czekoladek czy może odpisu paru groszy od podatku (tak na marginesie śmieszne pieniądze). Po prostu idę i oddaję. Na pewno komuś to pomoże, a mi nic wielkiego się nie stanie. Ogólnie zabierze mi to około 1,5 godziny czasu, z czego sam proces pobierania krwi to może 3-4 minuty. Reszta to procedury związane z wypełnieniem ankiety, badaniem próbek krwi, badaniem lekarskim no i czekanie na kolejne etapy.

Kiedyś to wydawało mi się niesamowite i ulegałem nieprawdziwym historyjkom z tym związanym, że jak już ktoś zacznie to już musi do końca życia, bo coś tam coś tam. Totalna bzdura- przekonała mnie o tym moja żona, która wówczas jeszcze żoną moją nie była. Sama oddawała, więc poszedłem z Nią i przekonałem się, że to nic strasznego. Wiem też, że mój stan zdrowia i wyśmienite wyniki pozwalają na to aby coś więcej od siebie dać. Byłbym idealnym dawcom płytek krwi. Próbuję się zdecydować, ale czegoś mi brakuje. Troszkę chyba mnie przeraża sam czas przetaczania krwi- około 1,5 godziny na łóżku przymocowany do rurek. Jednak porównując do 3-4 minut obecnie to jest kolosalna różnica. Ale może następnym razem uda mi się przełamać. A domyślam się, że jak raz tak się stanie to później będzie to formalność jak i oddawanie pełnej krwi.

6 stycznia 2010

Wypadek

Byłem dziś świadkiem wypadku. W sumie od biedy można nawet naciągnąć że współuczestnikiem, gdyż tramwaj którym jechałem do pracy (jako pasażer oczywiście) potrącił mężczyznę. Pierwsze co mi przyszło na myśl to szkolenie jakie niedawno przeszedłem z pierwszej pomocy przedmedycznej dla poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych. Ale po wyjściu z tramwaju okazało się, że już ktoś zdążył się zaopiekować poszkodowanym. To miło mieć świadomość, że znajdują się ludzie, którzy wiedzą co robić w takich sytuacjach. Mężczyzna był przytomny, leżał w pozycji bezpiecznej (dawniej nazywana pozycją boczną ustaloną) i cały czas nad nim ktoś czuwał czy jego stan nie pogarsza się, nie traci przytomności czy też nie wstaje na wszelki wypadek odniesionych urazów. Podsłuchałem również, że motorniczy wzywa przez telefon pomoc, więc moja jakakolwiek interwencja w tej sprawie była zbędna.

Jedno mnie tylko zaniepokoiło w tej całej sytuacji. Bowiem na dworze mróz około -8 stopni, poszkodowany leżał na torach jakby nie było na śniegu, więc o wyziębienie organizmu nie trudno. Czy w tramwajach są odpowiednio wyposażone apteczki? Przydałoby się nakryć człowieka kocem termicznym (folią ratunkową), która pozwoli przez chwilę zatrzymać utratę ciepła. Więc czy motorniczy będąc w stresie i szoku zapomniał o tym? Czy po prostu tramwaje nie są wyposażone w apteczki pierwszej pomocy?

5 stycznia 2010

W Poznaniu nie czytają

Co robi pasażer komunikacji miejskiej w Poznaniu? Przeważnie nic. Jeśli nie ma z kim rozmawiać najzwyczajniej siedzi (lub stoi) i patrzy się przed siebie, za okno, bez większego sensu. No chyba że jedzie taki ktoś jak ja, który obserwuje innych. Czasami zdarzy się, że ktoś coś czyta. Ale obrazek jest to niezmiernie rzadki. Zupełnie inny niż ten który widziałem w metro w Londynie. Tam praktycznie niemal każdy pasażer skupia wzrok na czymś do czytania. Popołudniami jest to najczęściej książka, do południa poranna prasa.

Ale nie ma się co dziwić. Metro schowane pod ziemią nie daje specjalnie atrakcyjnego widoku za oknem- ciemność przerywana jedynie stacjami na których nic tylko ludzie. Więc pasażerowie nie tracąc czasu (w drodze spędzają niekiedy nawet 2 godzinny dziennie) zatapiają się w lekturze. Ale podobną sytuację zaobserwowałem również w kolejce podmiejskiej Londynu. Tam chociaż jedzie ona na powierzchni i widok za oknem jest, to pasażerowie również czytają. Swoją drogą, prasa jest tam darmowa i ogólnodostępna czy to na stacjach czy też w samym wagonie. Będąc na wycieczce w stolicy Anglii to był szok dla mnie. Wsiadasz do metra i masz na siedzeniu poranną gazetę. Jadąc czytasz ją, po czym zostawiasz gazetę dla następnego pasażera, bo wiesz, że po przesiadce w następnej linii również będzie czekać na Ciebie gazeta którą ktoś wcześniej czytał i przed wysiadką zostawił na siedzeniu. Proste rozwiązanie.

W Poznaniu to się nie sprawdza. Codziennie rano widzę jak kolporterzy darmowych gazet ochoczo rozkładają się na stanowiskach. Poznaniak bierze gazetę i... chowa ją do torby. W tramwaju czy autobusie nie czyta- a chyba takie było jedno z założeń gazet ulicznych. W domu pewnie jej nie przeglądnie, tylko rzuci do kosza lub na makulaturę. Kiedyś próbowano stojaków na gazety. Rano lub w południe zapełniane, ale po chwili puste. Takie powodzenie miały? A i owszem- głównie wśród zbieraczy makulatury lub przekup które potrzebowały stosy gazet. Naocznie świadkiem byłem takiego zdarzenia, to babuszka odpowiedziała jasno: "A w co ja sprzedawane jajka będę zwijać"?

31 grudnia 2009

Sylwestrowe bąbelki

Dziś Sylwester. Więc nieodłącznie wiąże się z tym toast o północy wzniosiony oczywiście szampanem. Ponieważ jednak lekarstwa nie idą w parze z alkoholem, a szampan musi być, więc padło na bezalkoholowy:) Kiedyś to zawsze był Piccolo i chyba na tych czasach stanąłem. Ponieważ w tym rodzaju trunków silny nie jestem, więc kupno czegoś takiego była nie lada gratką dla mnie. I okazało się niezłym wyzwaniem.

Wchodzę do sklepu i kiedy nadchodzi moja kolej mówię:
- Czy otrzymam bezalkoholowego szampana?
- Oczywiście. Mam z filmu "Auta" i z Disneya- odpowiada z uśmieszkiem ekspedientka
Zdezorientowany takim obrotem sprawy myślę sobie- bajka "Auta" nie przypadła mi do gustu, więc:
- Poproszę Disney.
- Dla chłopca czy dla dziewczynki?
No i zwątpiłem czy ktoś nie robi ze mnie durnia w postaci ukrytej kamery. A to jakaś różnica pomyślałem?
- Dla dzieczynki niech będzie- w końcu to moja żona bierze teraz leki i szampan głównie dla Niej.
- Dla dziewczynek to mamy jabłkowe i winogronowe- odpowiada ekspedientka
Kurde jedna butelka jakiegoś soku z bombelkami i tyle zachodu!
- Poproszę jakbłkowy- uff nie musiałem już więcej dokonywać żadnego wyboru.


29 grudnia 2009

Postanowienie noworoczne- brrrrr

Stomatolog- brrrrr jeden z bardziej znienawidzonych lekarzy. Najczęściej chodzimy do niego w totalnej ostateczności, kiedy inne złote środki nie dają efektu. Mówię najczęściej, bo są osoby, które regularnie odwiedzają gabinety dentystyczne lub przynajmniej nie mają stracha w oczach kiedy muszą tam iść. Ale myślę, że są to nieliczni. Ja się nie zaliczam do tych odważnych. Dlaczego? Może rodzice nie przygotowali mnie odpowiednio bo sami chodzą w razie nagłej potrzeby? Może mam uraz z podstawówki, kiedy dentystka szkolna po pijaku wyrwała mi dwa zęby za jednym szarpnięciem? W każdym razie podziwiam moją żonę, że do stomatologa chodzi. Z większą lub mniejszą częstotliwością, ale zdecydowanym, pewnym krokiem bez tylu obaw co ja.

Wczoraj też była. Na samą myśl co Jej robili to aż niedobrze mi się robi. W każdym razie wieczorem wróciła raczej bez uśmiechu, za to ze spuchniętą buzią, okładem z lodu i czterema krwawiącymi szwami w buzi. Do tego z rezerwą silnych tabletek przeciwbólowych i antybiotyków. Słabo mi się robi jak nawet o tym piszę. Jestem pełen podziwu dla Niej za odwagę.

Ale tak to chyba jest, że mężczyźni z natury silniejsi fizycznie w takich sytuacjach wymiękają i są słabi jak kruche szkło. Zewnętrznie kawał chłopa, a w środku strachliwa dusza. Zwykło się mówić, że mężczyzna ma siłę fizyczną do ciężkiej pracy, za to wytrzymałością na ból natura obdarowała właśnie kobiety. Nie zmienia to faktu, że do dentysty też powinienem się wybrać. Nie, że coś się dzieje- zęby mam na ogół zdrowe, ale za to gorzej z dziąsłami i wizyty u stomatologa powinienem składać przynajmniej raz na pół roku. A że takich półroczy już kilka minęło to chyba czas się wybrać na przegląd tego co się tam zmieniło od ostatniego razu. Więc może... postanowienie noworoczne? No niech będzie. Po Nowym Roku wybiorę się na przegląd stomatologiczny i na ewentualne wypełnienie ubytków, usunięcie kamienia brrrr. Skoro tak postanowiłem to muszę tak zrobić i z postanowienia wycofywać się nie można. Mam jeszcze troszkę czasu aby dojrzeć do tej decyzji, którą zresztą podjąłem podczas pisania tej notki.

23 grudnia 2009

Życzenia


Życzę Wam własnego skrawka nieba, zadumy nad płomieniem świecy, odpoczynku i zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego co wokół, chwil roziskrzonych światłem betlejemskiej gwiazdy, dźwiękami kolędy, zapachem jodły i wspomnieniami.

 Życzę świąt spędzonych w gronie najbliższych, w atmosferze pełnej miłości i wzajemnej życzliwości.




21 grudnia 2009

Świąteczne zakupy

Okazało się, że z żoną jesteśmy ludzmi pracy i na 5 dni przed Wigilią Bożego Narodzenia nie mieliśmy jeszcze żadnego prezentu. Jakoś tak się stało w tym roku, że nie mieliśmy zbytnio czasu i możliwości. Więc pozostał nam dosłownie ostatni przedświąteczny weekend. Trudno. Dziecko odtransportowane do dziadków i nastawiliśmy się na kolejki, na tłok w markecie, może nawet rękoczyny i dantejskie sceny przy kasach. Nastawiliśmy się również na późnowieczorne i może nawet nocne zakupy.

Do podpoznańskiego marketu dojechaliśmy około godziny 20-stej. No i przywitał nas sznurek samochodów ciągnących się jeden za drugim, ale... w odwrotnym kierunku niż my. Wszyscy wracali już z zakupów, a do marketów jechali nieliczni. Całe zakupy opiszę w skrócie:
- poszukiwanie miejsca na parkingu- 0 minut (odległość od wejścia około 50 metrów)
- oczekiwanie na wózek na zakupy- 0 minut
- czas zakupów- około 2 godziny
- czas spędzony w oczekiwaniu do kasy- około 1 minuta

Dosłownie szok. Market owszem klientów mało nie miał w tym dniu, ale wszystko tak jakoś szło sprawnie, bez nerwów zbędnego przepychania się. Dlaczego zakupy trwały aż 2 godziny? Bowiem bez pośpiechu można było wszystko wziąć do ręki, obejrzeć, każdą rzecz po kilka razy sprawdzić w czytniku cen, odłożyć, wrócić się ponownie. Totalny luz. Aboslutnie to mnie zaskoczyło. Przyznaję się, że po tym co głosiły media miałem obawy jak to wszystko będzie wyglądać. Nigdy z tym nie czekałem do ostatniego momentu. Widać chyba, że w przyszłym roku będzie trzeba powtórzyć manewr i z kupowaniem prezentów wstrzymać się do ostatnich dni przed świętami. Nawet już wyprzedaże były: wybrane zabawki i wszystkie dekoracje świąteczne minus 50% oraz wszystkie słodycze związane ze świętami minus 30%.

18 grudnia 2009

Przeczekać ten czas

Piękne słoneczko na błękitnym niebie. Wokoło spokój, cisza, przerywana tylko cykaniem świerszczy. Jak sięgnąć okiem to widać tylko zieloną łąkę poprzecinaną niebieskimi wstążkami wody, za którymi stoi ściana lasu. To z jednej strony. Z drugiej natomiast niewielki zameczek z fosą, a właściwie współczesna jego rekonstrukcja. W oddali drewniane zabudowania z pochyłymi płotkami obejścia, karczma, wiejskie czworaki, obraz sielskiego średniowiecznego życia. Najbliżej mnie żona- oboje siedzimy na ławeczce w cieniu drzew, skryci przed pełnym słońcem.

Tak- to jest sen dzisiejszej nocy. Gdzie mnie przeniosło? W miejsce jak najbardziej realne, istniejące, daleko od domu. Piękny obrazek podlaskiego krajobrazu. Najgorsze to było się przebudzić z tego snu i zobaczyć za oknem prawdziwą zimę z kilkunastostopniowym mrozem. Na ogół nie próbuję interpretować snów, ale dziś zastanowiło mnie dlaczego akurat to mi się przyśniło? Tęsknota? Ale za miejscem czy za czasem?

Jedyne co mi przychodzi do głowy to chyba troszkę przemęczenie w pracy. Brakuje nieco odpoczynku. Ale nie takiego leniuchowania w domu. Pojechałbym sobie gdzieś zregenerować siły, powdychać świeże powietrze, pozachwycać się przyrodą. Ale póki co pogoda nie napawa optymizmem. Do pierwszych wiosennych promieni słońca jeszcze daleko, chociaż tak naprawdę prawdziwa zima jeszcze się nie zaczęła. No cóż, trzeba przeczekać. Oby do wiosny. Już będzie lżej jak pojawią się pierwsze pąki na drzewach a spod zimowego płaszcza śniegu zaczną przebijać się wiosenne kwiatki... wracam do pracy. Na szczęście jutro weekend.

  © Blogger template 'Isolation' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP