Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samo życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samo życie. Pokaż wszystkie posty

19 grudnia 2012

Choinka

No i jest! Pojawiła się! Piękna, zieloniutka, z kolorowymi ozdobami, ale... sztuczna. Zawsze u mnie w rodzinnym domu była sztuczna choinka. Z żywą za dużo zachodu. Teraz też kupiliśmy sztuczną choinkę. To nasze pierwsze drzewko. W poprzednim mieszkaniu nie ubieraliśmy choinki bo najpierw dziecko za małe i jeszcze nie rozumiało o co chodzi, a później najzwyczajniej brakowało miejsca. Tym razem nie było wymówki, mieszkanie duże to i miejsce na drzewko się znalazło. Ku uciesze naszej starszej latorośli- Natalki. Bo Bartek to jeszcze nie wie w czym rzecz. Zatem od kilku dni stoi i cieszy oko.

17 grudnia 2012

Wokół dzieci

Ale mnie tutaj długo nie było. Jakoś mniej czasu było na blogowanie. Większość naszego życia skupia się obecnie na dzieciach. To one teraz grają pierwszoplanową rolę w naszym życiu. Od ostatniego wpisu na tym blogu minęło troszkę czasu i sporo się wydarzyło. Oczywiście pomijam aspekt chorób, bo to niestety ciągle przewija się przez nas. Był moment że w ogóle mogłem nic nie pisać i nie mówić o niczym innym jak tylko o tym co dzieciakom dolega. A oto krótka charakterystyka naszych pociech:

BARTEK- Skończył już pół roku. Łobuz nie z tej ziemi. Czasami mam wrażenie że to on nas wychowuje a nie my jego. Ogólnie to ten mały człowieczek prawie wcale snu nie potrzebuje. Bo co to jest 2 godziny drzemki na cały dzień na 6-miesięczne dziecko. Nic tylko aby jak najwięcej się wokół się działo, oby jak najwięcej ludzi się przewijało obok niego i jeszcze najlepiej aby każdy zwracał na niego uwagę. Lubi chłopak być w centrum zainteresowania. Ogólnie dziecko pogodne, ale i czasem tak marudne że ma się dość. Tutaj na zdjęciu siedzi jeszcze oparty, ale od kilku dni samodzielnie, sztywno siedzi bez żadnych "podpieraczy".


NATALKA- W między czasie skończyła już 4 latka. To prawie dorosła dziewczyna co chodzi do przedszkola już do starszaków. Jeśli oczywiście nie choruje. Ale trzeba przyznać, że i tak ma większą frekwencję obecności niż w poprzednim przedszkolu. Tak więc jako przedszkolak w pełni korzysta z tego. Tym bardziej teraz kiedy przed świętami tak wiele się dzieje. Zrobiła się bardzo samodzielna chociaż to też mały nygusek i kiedy może to wykorzystuje rodziców do pomocy. Zaczyna też więcej jeść. Znaczy się posiłki bardziej urozmaicone. No może czas na koniec ery makaronów i rosołków. Wchodzi też w etap kiedy zaczyna ją wszystko ciekawić. Coraz częściej zadaje pytania: "A co to znaczy?" Na zdjęciu w przedszkolu podczas wspólnego (z rodzicami) ubierania grupowej choinki. Własnoręcznymi ozdobami!


4 września 2012

Przedszkolne początki

Wrzesień się zaczął, więc i nasza Natalka poszła do nowego przedszkola. Miała być w grupie mieszanej z 3-latkami i 5-latkami. Ale na szczęście zwolniło się miejsce w 4-latkach i w jej grupie są sami rówieśnicy. Z tego powodu się cieszę, bo myślę, że to na korzyść dziecka. Trochę obaw miałem, bo wiadomo: nowe miejsce, nowe osoby, inne zwyczaje, inna organizacja. Ale póki co dziecko nam się od razu przystosowało do tej sytuacji. Co prawda dziś płakała- ale to ze swoich błahych powodów z którymi już walczymy od jakiegoś czasu. Wynika to bardziej z jej nieśmiałości. Ale najważniejsze że idzie do przedszkola chętnie i z uśmiechem, nie wraca zamknięta w sobie i opowiada o tym co się działo. Więc myślę że źle nie będzie. Oby tylko nie chorowała i mogła jak najczęściej korzystać z tej formy nauki i zabawy. Podobało mi się również przyjęcie jej w gronie nowych dzieci. Bo była przedstawiona ona zarówno dzieciom jak i na zebraniu rodzice dowiedzieli się że nowa dziewczynka pojawiła się w szeregach. Widać, że panie nie podchodzą przedmiotowo do dziecka. A dziś zrobiły jej kucyki z włosków. Komu by się chciało obcemu dziecku pleść kitki- i to jeszcze takiemu co nie lubi jak się we włosach grzebie. A jednak widać że można- zaczyna mi się to przedszkole podobać:)

13 sierpnia 2012

Po olimpiadzie

Skończyło się największe święto sportu. Po dwóch tygodniach zmagań i rywalizacji zakończyła się olimpiada w Londynie. Polacy wracają do kraju z dorobkiem 10 medali, w tym 2 złotych. Tylko? No właśnie. Denerwuje mnie ciągła nagonka na polskich sportowców. W mediach rozpoczęła się wielka debata dlaczego jest aż tak źle. Niektórzy krytykują nasz niby skromny dorobek medalowy, mówią że tak mało rekordów życiowych, narzekają na miejsca 4-10, nie wspominając o dalszych lokatach. Zawsze po tego typu imprezach słyszę że trzeba coś zmienić, że tak nie może być, po co Ci sportowcy jadą na olimpiadę kiedy nie zdobywają medali.
A ja się pytam. A co 9 miejsce jest złe? W takim razie trzeba wyjść z założenia, że jak zawodnik nie zajmie miejsca 1-3 to nie należy go wysyłać? To może w ogóle lepiej dać sobie spokój z olimpiadą?
Ja jestem zadowolony z występu Polaków. Na te warunki szkoleniowe jakie mamy w Polsce w zupełności stanęliśmy na wysokości zadania. Przyczyn takich wyników trzeba szukać w szkoleniu przyszłych sportowców. Przyjrzyjmy się jak wyglądają zajęcia z WF-u w szkołach, ilu uczniów ma zwolnienia z zajęć. i to z góry na cały rok. Zobaczmy na jakim sprzęcie ćwiczą nasze dzieci a później potencjalni sportowcy. Pieniędzy na sport ciągle brakuje to i wyników nie ma. Moim zdaniem powinniśmy zacząć w zarodku- czyli przy każdej szkole powinno być boisko, sala gimnastyczna i odpowiednie sprzęty do ćwiczeń. Sam mam przykład ze swojego liceum. WF albo w ciasnej salce gdzie na jednym materacu ćwiczą po dwie osoby, albo na niewielkiej sali gimnastycznej (góra 10x15 metrów) gdzie ćwiczą po dwie klasy na raz. Boiska sportowego nie było więc bieganie czy gry zespołowe odpadają. I jak z takiego grona wyłowić talenty sportowe?
Zresztą co tu dużo mówić. Dzieci nie mają jak godnie trenować a z zawodowcami wcale nie lepiej. Słyszymy później o absurdach typu, że Anita Włodarczyk ćwiczy w Poznaniu pod mostem nad Wartą i po każdym rzucie szuka swój młot w krzakach. No cóż. Jak nie będzie pieniędzy na obiekty sportowe to wyników również nie będzie. Za 8 czy 16 lat to z olimpiady możemy wrócić z góra 5 medalami. Świat idzie do przodu, sport stoi teraz na bardzo wysokim poziomie. Amatorstwo się nie liczy, tylko zawodowcy będą w czołówce. A polski system szkolenia młodych zdolnych ludzi póki od tej czołówki się oddala.

Jako podsumowanie: Niszczeją piękne obiekty na Golęcinie (niegdyś miano najpiękniej położonego naturalnego stadionu w Europie). Posnania wyprzedaje swój majątek i wręcz znika na naszych oczach. Stadion przy Dolnej Wildzie zarasta a na terenie gdzie były mniejsze boiska od Królowej Jadwigii powstają bloki mieszkalne. Boisko do hokeja na trawie przy Bukowskiej kilka lat temu przestało istnieć. Hipodrom Wola do wystawienia na przetarg aby łatać dziurę budżetową miasta.....

30 lipca 2012

Cyrkowe wspomnienia

W sobotę wybrałem się z Natalką do cyrku. Już od jakiegoś czasu wspominała, że że bardzo by chciała iść. A że w sobotę zawitał na Rataje, to nie można było przepuścić takiej okazji. Sam z ciekawością wybierałem się do tego cyrku, bo od czasów dzieciństwa nie miałem okazji korzystać z tej rozrywki. A poza tym sama ciekawość jak to teraz wygląda.

No i zaskoczenie! Szok! Niestety negatywnie! Kiedyś cyrk był wydarzeniem. Jak przyjeżdżał do Poznania to na tydzień, a sama budowa namiotu i instalowanie się miasteczka to około 2 dni. Dziś potrzeba było na to kilka przedpołudniowych godzin. Kiedyś namiot był ogromniasty do którego spokojnie wchodziło po 2-3 tys. osób, dziś powiedziałbym że skromny namiocik może na  500 widzów. Aby się dostać do cyrku z mojego dzieciństwa to trzeba było stać w godzinnych kolejkach do kas na długo przed spektaklem. A bilety rozchodziły się na cały tydzień z góry. W sobotę wystarczyło przyjść 15 minut przed rozpoczęciem i nie było mowy o kolejce.

A w środku? Kiedyś akrobacje gimnastyków na wielkich trapezach, na wysokich linach, niebezpiecznych równoważniach zawieszonych nawet 15 metrów nad ziemią- dziś raptem jedna osoba na niewielkim podwyższeniu. Kiedyś to głowy zadzierałem wysoko, a pod akrobatami zawsze była siatka na wypadek gdyby ktoś spadł. Dziś siatki zabezpieczającej nie ma bo gdyby ją rozciągnąć to już nic się nie zmieści ponad nią. Kiedyś główna atrakcja to tygrysy więc po przerwie zawsze budowano klatkę zabezpieczającą od widowni. Dziś nie ma mowy aby coś takiego postawić bo ledwo kto wejdzie na arenę. Zawsze miło wspominam muzykę cyrkową graną przez orkiestrę. Dziś wystarczy wodzirej stukający na klawiszach. A muzyka do poszczególnych wystąpień to współczesne przeboje disco oczywiście grane z odtworzenia. Tresura zwierząt ograniczyła się do kilku koni i niesfornych wygłodniałych kóz które korzystały z okazji aby skubać trawę na arenie. No właśnie! Kiedyś nie do pomyślenia aby arena była gołą ziemią, zawsze była zbudowana z twardego podestu. A gdzie tresowane pieski, foki, małpki czy nawet słonie? Dziś to słoń nawet by się nie zmieścił w wejściu na arenę a gdyby jakimś cudem udało się go wcisnąć do środka to spokojnie mógłby wyciągniętą trąbą sięgać wierzchołka namiotu.

Niestety to już nie to co w dzieciństwie. Sztuka cyrkowa upada. Ale mimo wszystko radość w oczach dziecka ogromna. I to jest bezcenne! Natalka nie widziała cyrków sprzed 25 lat więc dla niej nawet ten był wyjątkowym wydarzeniem. Chłonęła to co działo się na arenie, chociaż dla dorosłego widza nie było w tym wiele imponującego. Ot zebrane w jednym miejscu sztuczki z telewizyjnego show "Mam talent". Dzieci odbierają to inaczej, córka bawiła się niesamowicie, oklaskiwała wszystko i co chwilę wybuchała uśmiechem. A to najważniejsze. A po cyrkach z mojego dzieciństwa pozostanie już tylko wspomnienie.

10 lipca 2012

Miesięcznica

Wczoraj nasza pociecha skończyła miesiąc. Chłopak rośnie i w oczach i na wadze. Nie ma jednak jeszcze swojego harmonogramu dnia. To niestety odbija się na naszej kondycji, ale nikt nie mówił że będzie łatwo. Zmęczenie jest, niedospane nocki na pewno, ale też są plusy wszystkiego z czego się cieszymy. Najważniejsze aby nam zdrowie dopisywało a z czasem wszystko pozostałe się unormuje.

10 czerwca 2012

Bartuś


Jak wspominałem wcześniej, na koniec porodu sytuacja zaczęła mocno się wymykać. Tylko obecność "swojego człowieka" przy porodzie sprawiła że wszystko udało się. Szybka reakcja personelu i praktycznie minuty decydowały o tym że udało się wyciągnąć Bartusia. Niby nasza służba zdrowia jest bezpłatna, każdy ma takie same prawa, ale taka prawda, że przy porodzie jak się nie ma zaufanej osoby to tak naprawdę człowiek jest zdany na siebie i na odrobinę szczęścia. My nauczeni przykrymi doświadczeniami z pierwszego porodu nie chcieliśmy liczyć na to szczęście. I to się opłaciło, bo jak później się dowiedzieliśmy minuty zaważyły na tym że dziecko wyciągnięto żywe. Wyciągnięto bo trybie alarmowym podjęto cesarskie cięcie. Brzmi drastycznie, ale to niestety prawda. A wszystko dzięki przytomności położnej która się nami opiekowała. Jak sama później stwierdziła, mimo wielkiego doświadczenia i lat pracy, sama się bała o finisz tej akcji. Gdyby Pani E. nie było z nami mogło być naprawdę źle. 
To tak na przyszłość dla tych co będą rodzić. Nie myślcie, że wszystko dobrze się ułoży, bo niekiedy los może być nieprzewidywalny. I wówczas warto mieć przy sobie kogoś kto będzie czuwał nad wszystkim. Przykre, ale te czynności które wykonywała teraz Pani E., przy pierwszym porodzie musiałem robić ja sam. Tak mi kazano, bo nikogo innego nie było. Pacjentek więcej i nikt nie miał czasu na to aby siedzieć non stop przy nas. Pierwszy poród to była trauma. Teraz również nie było łatwo, trwało krócej, ale na szczęście był ktoś kto nad wszystkim czuwał. Dzięki temu jest Bartuś.

A oto nasz synek. Razem z mamą czują się coraz lepiej. A żona jest w zdecydowanie lepszej kondycji niż po pierwszym porodzie. A to cieszy.


1 czerwca 2012

W oczekiwaniu

Dziś jest wyjątkowa data- 1 czerwca. I wcale nie ze względu na Dzień Dziecka. Otóż, dziś przypada dokładny termin kiedy powinien urodzić się nam dzidziuś. Ale niestety nic nie wskazuje na szybki poród. Tak więc jak to często bywa, synek będzie przenoszony. Najgorsze to jest właśnie to oczekiwanie. Natalka urodziła się 2 tygodnie przed czasem, a Bartusiowi (bo tak będzie miał na imię syn) niestety nie spieszno na wyjście na ten świat. Czekamy, czekamy i nic. Żadnych zwiastunów porodu. 2 tygodnie temu dzidziuś ważył około 3700, teraz pewnie już koło 4kg. Może w ten weekend coś się wydarzy? Już chciałbym aby było po wszystkim.

3 maja 2012

Jak ludziom nie wstyd!

A tyle się mówiło w ostatnich dniach o fladze narodowej. Wszędzie podkreślano, że flaga jako symbol narodowy musi być schludna, czysta, wyprasowana. Powieszona w odpowiedni sposób, nie powinna dotykać ziemi. Nie wspominam już o proporcjach 5:8 jakie powinny być zachowane. Tymczasem sąsiedzi wywiesili coś co miało symbolizować flagę. Mało tego, nagle przpomniało im się dziś popołudniu że wypadałoby pokazać swoją flagę. A może celowo, myśląc że "zginie w tłumie"? W każdym razie owa flaga tuż po powieszeniu wyglądała tak:


Mało tego że pewnie była wciśnięta gdzieś w kąt, to jeszcze dotknął ją upływ czasu, lub po prostu myszy wygryzły dziury:


Pomijając że czerwień tu jest bardziej pomarańczowa, to odnośnie ustawy kolor biały na fladze polskiej przypomina bardziej kolor „srebrnobiały” („szary”) niż „biały” („śnieżnobiały”). Ale tutaj to chyba aż za bardzo szary! Ba bo pewnie nigdy nie prany!


Sposób przyczepienia do drzewca też wielce oryginalny:


Nie udało mi się jedynie uchwycić ptasich kup. Ale tylko dlatego, że po około godzinie flaga już nieruchomo pozostała w takiej pozycji:


Intensywnie będę obserwować tych sąsiadów kiedy to coś zdejmą. Bo przecież za miesiąc Boże Ciało, więc może niech już wisi. Po co tyle trudno z wieszaniem i ściąganiem!

2 maja 2012

Biało czerwona

Dziś obchodzimy Święto Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. No i tak się składa, że w te pierwsze dni majowe coraz więcej flag powiewa za naszymi oknami. I my w tym roku pierwszy raz wywiesiliśmy nasz symbol narodowy. Na naszym nowym mieszkaniu jest uchwyt na flagę, więc aż się prosiło aby ją zamieścić. Tak więc powiewa sobie za oknem, trzepocze na wietrze i co chwilę się skręca na drzewcu :)

26 kwietnia 2012

Dziura

Dziś montowaliśmy zabudowane szafy przesuwne. Nowe mieszkanie, to okazja aby sobie takie zafundować. Poza tym przedpokój duży to aż się prosiło aby przestrzeń zagospodarować. Pracę zleciliśmy profesjoanlnej firmie. Zrobili pomiary, projekty i dziś nastąpił dzień montażu. Wszystko pięknie ładnie, chłopaki pracują od kilku godzin, aż tu nagle wielki huk!!! Okazało się, że w salonie (po drugiej stronie ściany gdzie będzie szafa) wypadł spory klocek ze ściany. Ściana gruba, bo na 15cm, a tutaj wyskakuje piękny walcowaty klocek. Dosłownie jakby ktoś go pięknie wyciął. No i... pozostała dziura. Pech, bo ściany dopiero co wymalowane, salon ukończony a tutaj nagle taka niespodzianka. Ręce opadają.
Widomo, z ubezpieczenia wykonawcy będzie wypłacone odszkodowanie na kolejny remont, ale sobie tak myślę. Dziurka piękna, więc aż się prosi aby w niej sejf zrobić. Nic tylko obraz powiesić a w dziurze trzymać kosztowności. Oczywiście jak się ich w przyszłości dorobimy. Ale już teraz w każdym razie dziura pod sejf gotowa!

20 kwietnia 2012

Riwiera Turecka

W tym tygodniu dostałem propozycję wyjazdu. Jeden z bardziej luksusowych kurortów na wybrzeżu. Oczywiście hotel 5-cio gwiazdkowy. Wszystko All Inclusive, piękne morze, góry, nurkowanie, wycieczki fakultatywne po kraju. I do tego nic by mnie to nie kosztowało- bo całość opłacona- przelot, zakwaterowanie i rozrywki na cały tydzień. No i... odmówiłem :) W tej chwili pewnie bym sobie siedział przy hotelowym basenie zajadając wyśmienite śniadanko. To miała być forma nagrody. Ale nie zdecydowałem się na ten wyjazd, chociaż jak wspomniałem wszystko sponsorowane. Raz że miałem swoje powody, a dwa że nie zostawiłbym tutaj swoje żony i córki. Niespełna półtora miesiąca do rozwiązania więc nie czułbym się dobrze tam, wiedząc że moje Słonko jest tu.
Oczywiście że nie żałuję. Propozycja była kusząca, ale Turcja mimo wszystko jest w zasięgu ręki i jakby co to chciałbym w przyszłości ale w gronie rodzinnym. Taki już jestem :)

6 kwietnia 2012

Ostatki

Wczoraj w końcu skręciłem ostatnie meble. Na koniec padło na stół. A jak jest stół to znaczy, że będzie gdzie zjeść wielkanocne śniadanie. Ledwo się wprowadziliśmy a już pierwsze święta w nowym mieszkaniu. To taki miły akcent na ukoronowanie całej przeprowadzki. Oczywiście jeszcze nie wszystko skończone bo są projekty zabudowy wnęk i wymiana całej kuchni. Ale to już w swoim czasie wszystko. Najważniejsze jest ukończone i można powiedzieć że już mieszkamy na całego. No i jak już te święta miną to w końcu będzie można bardziej skupić się na kolejnym wydarzeniu czyli narodzinach synka. A to tuż tuż. Nie wiem kiedy ten czas przeleciał. Dopiero wszystko planowaliśmy a tutaj już prawie finał!

30 marca 2012

Przeprowadzka

W sumie to moja taka druga przeprowadzka w życiu. Jeśli oczywiście pierwszą liczyć jako wyprowadzkę z "rodzinnego domu". Nie sądziłem, że to takie uciążliwe. Tym bardziej, że na raty z miesięcznym przystankiem u rodziców. Najpierw oczom nie dowierzałem ile mieściło się w naszym małym mieszkanku. Pakowania nie było końca. Później wielka męczarnia w przechowalni, gdzie całe życie skupiało się w kartonach. I teraz kiedy już mamy klucze, kiedy mieszkanie odświeżone i można się wprowadzać to już miało iść z górki. Okazuje się jednak że to było błędne myślenie! Pomijam fakt, że przez ostatni miesiąc jakimś cudem zebrało się jeszcze więcej rzeczy i trzeba było więcej kartonów. Ostatecznie wyszło ich ponad 60 sztuk! Nie liczę toreb, torebeczek, walizek, plecaków i różnego rodzaju siatek, siateczek. I jak się tutaj odnaleźć?

A to gdzie są śruby od szafy narożnikowej! W którym kartonie zostały żarówki, przecież nie będę nowych kupował! Spakowałem się, a co ze skarpetkami? Dlaczego nie zostawiłem sobie na kolejne dni! Ołówek! Potrzeba mi głupiego ołówka- przecież ja nie wiem gdzie to pakowałem! Worek Natalki do przedszkola? Widziałem gdzieś! A na poniedziałek potrzebny. Takich banalnych problemów jest masa! Nawet opisywanie kartonów nic nie dało. Z grubsza wiadomo co i gdzie, ale jak się szuka coś konkretnego to jest jakaś masakra.

Teraz jestem na etapie skręcania mebli. Jak dla mnie to nie lada wyzwanie. Ale nie poddaję się. Chociaż instrukcja złożenia samej witrynki to jedyne 44 strony. Ale w niedzielę wracają moje dziewczyny więc będzie komu się pożalić. Aha i podstawowy wniosek z przeprowadzki- chyba potrzeba kupić mi konkretne narzędzia. Bo dłonie całe spuchnięte, a wieczorem strasznie obolałe i aż czerwone od ściskania średniowygodnego wkrętaka.

24 lutego 2012

Na starych śmieciach

Od kilku dni prowadzimy przeprowadzkę. A od wczoraj to na okres przejściowy jesteśmy u rodziców. I tym sposobem po kilku latach wróciłem na stare śmieci. Już po kilku godzinach pobytu w miejscu gdzie spędziłem całe dzieciństwo stwierdzam, że jak mogłem tam mieszkać. Kilka lat na własnym samodzielnym mieszkaniu bardzo zmienia człowieka. Nabywa się własnych przyzwyczajeń i rytuałów, które niestety nie sprawdzają się w innym miejscu.

No cóż, wybraliśmy w sumie najłatwiejszą i najtańszą alternatywę okresu przejściowego. Więc będzie trzeba się zmagać z pewnymi niedogodnościami. Po pierwsze jestem niewyspany. Łóżko twarde i źle wyprofilowane. Kolejna drażniąca rzecz to skrzypiąca podłoga. Niestety to stara kamienica i na podłodze są deski które non-stop pracują. W nocy aż strach stawiać kroki aby nie zbudzić domowników. Następna rzecz to junkers- teraz to już dla mnie relikt przeszłości. Zdążyłem przyzwyczaić się do miejskiej sieci, a teraz ustawienie temperatury i strumienia wody to nie lada wyzwanie! No właśnie, a jak wodę się puszcza to normalnie hałas jak górski potok!  Rano to naprawdę mocno słychać. Odzwyczaiłem się od wielkich okien (na całą ścianę- około 4 na 3 metry) i światła samochodów wpadających z zewnątrz. Blaty na szafkach w kuchni jakieś małe i brakowało mi miejsca, lodówka jakby ciaśniejsza. Może w końcu docenię kablówkę, bo tutaj tylko TVP1, TVP2 i zaśnieżony TVN. Może to wszystko pierdoły, ale jak to człowiek przyzwyczaja się do swojego i do tego co jest robione typowo pod siebie.

No cóż, może miesiąc, może półtora trzeba w tym wytrzymać. Wokoło kilkadziesiąt kartonów, meble poupychane jak można najlepiej i zobaczymy jak będziemy się odnajdywać w nowej sytuacji. Dziś jeszcze wiem co i gdzie szukać, ale czy za tydzień będę np. pamiętać gdzie schowana jest lżejsza kurtka, ważne dokumenty czy.... no właśnie a przygotowałem sobie książkę do czytania i już nie wiem gdzie została wepchnięta!

21 lutego 2012

Spotkałem biedę

Wczoraj miałem sytuację z jaką spotykam się często. Proszono mnie na ulicy o pieniądze. Jak zawsze w takich sytuacjach odmawiam dawania gotówki bo ludziom mało się ufa i tak naprawdę nie wiem na co pójdą te pieniądze. Ale wczorajszy przypadek był inny:

Zaczepił mnie młody chłopak, może z 16 lat. Wyglądał autentycznie na takiego co raczej mu się nie przelewa, wytarte tenisówki na mrozie, sfatygowana kurtka, rozdarty plecak wypchany po brzegi. Zagaduje mnie:
- Przepraszam, nie miałby pan może kilka groszy na jedzenie?
- Nie nie mam- odpowiedziałem jak zawsze.
- A może pan mi kupić coś do jedzenia? PROSZĘ! Chociaż zwykłą bułkę bo jestem głodny.
W tym momencie już się waham. Zerknąłem na chłopaka i wyglądał mi dość autentycznie w tym co mówił.  Padły słowa proszę i głodny- przejść obojętnie? Więc powiedziałem:
- Słuchaj. Idę za moment do Biedronki, jeśli poczekasz tam pod sklepem to jak wyjdę to Ci coś dam.
- Dobrze, dziękuję! Będę czekać.

Chłopak poszedł za mną ale szczerze mówiąc nie wierzyłem że po wyjściu ze sklepu będzie tam stał. Tym bardziej, że zakupy chwilkę mi zajęły, do tego kolejka przy kasie, więc może z 10-15 minut to trwało. Wychodzę z koszykiem, stoi przed sklepem i błagalnym wzrokiem parzy w moim kierunku. Miałem przygotowane 2 bułki, dołożyłem mu jabłko i sałatkę na którą sam miałem ochotę. No cóż mi nie ubędzie a widać jemu naprawdę zależało. Wręczyłem mu woreczek i... dawno nie widziałem aby ktoś tak się rzucił na suchą bułkę. On naprawdę był głodny. Wyglądał w tym wszystkim jakby naprawdę długo nie jadł. Nic więcej nie pytałem. Nawet by mi nie odpowiedział bo napchał sobie tej bułki do ust i miałem wrażenie że się nią zaraz udusi. 
Tak wygląda właśnie bieda. Ten chłopak często będzie mi przychodził na myśl. Będzie stawał przed oczami wówczas gdy ktoś będzie biedolił że mu pieniędzy brakuje, że ledwo starcza do pierwszego. Sam czasem narzekam na różne sprawy, ale takiej sytuacji kiedy nie mam na bułkę jeszcze nigdy nie miałem. Więc cóż tak naprawdę mogę wiedzieć co to znaczy nie mieć pieniędzy czy być głodnym. Mi w każdym razie nic nie ubyło, jemu może przywróciłem nadzieję w ludzi. A jeśli nawet nie to chociaż zaspokoiłem pierwszy głód.

13 lutego 2012

Życie jak w kalejdoskopie

Tak tak, nowy rok zapowiadał zmiany. Ale zamieszanie wokół wszystkiego przerasta nawet mnie. Okazuje się, że banalna rzecz jaką jest sprzedaż mieszkania może okazać się utrapieniem i drogą przez mękę. W każdym razie nasze mieszkanie już sprzedaliśmy dwa razy- owszem jest to możliwe. Nie wnikam w szczegóły bo to byłby temat na rozprawę doktorską. A odzyskanie zapłaty za sprzedane mieszkanie to już oddzielna historia na długie popołudnie. Po prostu z każdej strony przytrafia nam się najgorszy z możliwych scenariuszy. I musimy się ze wszystkim zmagać a czas nieubłagalnie biegnie. Wg optymistycznych prognoz to już powinniśmy mieszkać na nowym miejscu. A my to jeszcze nawet nie zaczęliśmy się pakować do wyprowadzki.

Skomplikowało nam to także sprawę przedszkola dla Natalki. Miała już chodzić na nowym miejscu a tutaj się okazuje że nie da rady. No i od jutra zaczyna tzw. zastępcze przedszkole na czas do wakacji. Kurcze wiem, że ta zmiana miejsca to stres dla Natalki, ale twierdzę, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Jeśli poradzi sobie tutaj to kolejna wrześniowa zmiana przedszkola nie będzie dla Niej takim szokiem.

Powiem krótko, jest masa zamieszania, walczymy, walczymy. Zmagamy się z przeciwnościami, ulegamy presji czasu. Jest nerwowo ale trzeba stawić czoło wszystkiemu. Bo przecież za kilka miesięcy świat nam stanie ponownie na głowie za sprawą dzidziusia. Już wiadomo tym razem chłopiec.

2 stycznia 2012

Nowy rok pełen zmian

No i skończył się rok 2011. To chyba jeden z gorszych w ostatnich latach. A głównie dlatego, że cały czas nam towarzyszyły choroby. Już 2 stycznia 2011 u Natalki stwierdzono zapalenie oskrzeli. A później to już ciągle jakieś przypadłości. Wiadomo, miłe akcenty również były- nie można powiedzieć że nie. Ale wydaje mi się że nasze problemy zdrowotne zdominowały ostatnie 12 miesięcy.
A co w 2012? Na pewno żadnych postanowień. Za dużo zmian nas czeka aby coś sobie obiecywać. A jeśli chodzi o zmiany, to przede wszystkim powiększy nam się rodzinka. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo Natalka będzie miała rodzeństwo. A skoro nam się rodzinka powiększy to i trzeba nasze lokum zmienić na większe. Tak więc w najbliższych tygodniach czeka nas przeprowadzka do innego mieszkania. Póki co zaczynamy walkę z polską biurokracją, a więc sprawy meldunkowe, następnie rozwiązywanie różnych umów, podpisywanie nowych, zmiany w księgach wieczystych, zmiany adresów wszędzie tam gdzie był podawany,  wymiana dokumentów, cała biurokracja bankowa no i na końcu zmiana przedszkola. Mam nadzieję, że przez okres absencji w przedszkolu Natalka nabierze nieco odporności, na dworze też zrobi się cieplej i skończą się problemy zdrowotne.
Tak więc rok 2012 to czas wielkich zmian. Więc wchodzę w ten rok z dużymi nadziejami.

28 października 2011

Halloween

Święto Halloween coraz bardziej zakorzenia się w naszej kulturze. No może kulturze to za mocno powiedziane. Bardziej w naszych zwyczajach, czy tradycjach zapożyczonych zza "wielkiej wody". Ze świętem upiorów i duchów wiąże się "tetranie stwora z korbola". A ponieważ dziecko ponownie chore (już mi się nawet nie chce na ten temat pisać), to aby się w domu czymś zająć, również stworzyliśmy swoją dyniową poczwarkę. Dodam tylko, że był to nasz absolutny debiut. Nigdy w życiu chyba nie trzymałem całej dyni w rękach, nie mówiąc już aby coś w niej dłubać. Piękna nie wyszła, ale ponieważ debiutancka to sprawiła ogromną radość.

A oto jak powstawała nasz potworek. Oczywiście na początek potrzeba dyni. Z racji, że to debiut, to wybrałem niewielką. Za to chciałem aby była dość kształtna.


Następnie zdejmowaliśmy czuprynkę. To wydawało mi się najtrudniejsze, ale jak się później okazało to bułka z masłem. Oczywiście podstawa to ostry nóż. 


Kiedy już można było zajrzeć do wnętrza, to dalej ogromną robotę odwaliła Natalka. Bardzo cierpliwie wybierała setki pestek i miąższu. Oczywiście pestki poszły do ususzenia i w przyszłym roku sami będziemy dynie hodować. Na potworki rzecz jasna:)


Dalsza część pracy należała oczywiście do mnie. Trzeba było wyciąć otworki przypominające twarz. Później stwierdziłem, że w tym momencie możliwości są nieograniczone- wszystko zależy od pomysłu, fantazji no i zdolności. Ja oczywiście na pierwszy raz poszedłem po najmniejszej linii oporu.


Radość i uśmiech dziecka- bezcenne. Potworek przypadł do gustu.


A tak nasza praca wyglądała po zmroku. Również Natalka była zachwycona. Więc jak ktoś ma czas i ochotę to polecam, bo zabawa fajna. A w przyszłym roku, na pewno powtórzymy.

11 października 2011

Urodziny

Nie zapeszając, nastąpiła stabilizacja zdrowia. Natalka wraca do pełni sił. Tak więc od wczoraj wróciła do przedszkola. A w sobotę oczywiście udało nam się zrobić urodzinki. Chociaż w kameralnym gronie najbliższych, to nie mogło zabraknąć tortu. W tym roku nieco inna forma wypieku, ale myślę, że córce przypadł do gustu.

  © Blogger template 'Isolation' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP