Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślania. Pokaż wszystkie posty

30 lipca 2012

Cyrkowe wspomnienia

W sobotę wybrałem się z Natalką do cyrku. Już od jakiegoś czasu wspominała, że że bardzo by chciała iść. A że w sobotę zawitał na Rataje, to nie można było przepuścić takiej okazji. Sam z ciekawością wybierałem się do tego cyrku, bo od czasów dzieciństwa nie miałem okazji korzystać z tej rozrywki. A poza tym sama ciekawość jak to teraz wygląda.

No i zaskoczenie! Szok! Niestety negatywnie! Kiedyś cyrk był wydarzeniem. Jak przyjeżdżał do Poznania to na tydzień, a sama budowa namiotu i instalowanie się miasteczka to około 2 dni. Dziś potrzeba było na to kilka przedpołudniowych godzin. Kiedyś namiot był ogromniasty do którego spokojnie wchodziło po 2-3 tys. osób, dziś powiedziałbym że skromny namiocik może na  500 widzów. Aby się dostać do cyrku z mojego dzieciństwa to trzeba było stać w godzinnych kolejkach do kas na długo przed spektaklem. A bilety rozchodziły się na cały tydzień z góry. W sobotę wystarczyło przyjść 15 minut przed rozpoczęciem i nie było mowy o kolejce.

A w środku? Kiedyś akrobacje gimnastyków na wielkich trapezach, na wysokich linach, niebezpiecznych równoważniach zawieszonych nawet 15 metrów nad ziemią- dziś raptem jedna osoba na niewielkim podwyższeniu. Kiedyś to głowy zadzierałem wysoko, a pod akrobatami zawsze była siatka na wypadek gdyby ktoś spadł. Dziś siatki zabezpieczającej nie ma bo gdyby ją rozciągnąć to już nic się nie zmieści ponad nią. Kiedyś główna atrakcja to tygrysy więc po przerwie zawsze budowano klatkę zabezpieczającą od widowni. Dziś nie ma mowy aby coś takiego postawić bo ledwo kto wejdzie na arenę. Zawsze miło wspominam muzykę cyrkową graną przez orkiestrę. Dziś wystarczy wodzirej stukający na klawiszach. A muzyka do poszczególnych wystąpień to współczesne przeboje disco oczywiście grane z odtworzenia. Tresura zwierząt ograniczyła się do kilku koni i niesfornych wygłodniałych kóz które korzystały z okazji aby skubać trawę na arenie. No właśnie! Kiedyś nie do pomyślenia aby arena była gołą ziemią, zawsze była zbudowana z twardego podestu. A gdzie tresowane pieski, foki, małpki czy nawet słonie? Dziś to słoń nawet by się nie zmieścił w wejściu na arenę a gdyby jakimś cudem udało się go wcisnąć do środka to spokojnie mógłby wyciągniętą trąbą sięgać wierzchołka namiotu.

Niestety to już nie to co w dzieciństwie. Sztuka cyrkowa upada. Ale mimo wszystko radość w oczach dziecka ogromna. I to jest bezcenne! Natalka nie widziała cyrków sprzed 25 lat więc dla niej nawet ten był wyjątkowym wydarzeniem. Chłonęła to co działo się na arenie, chociaż dla dorosłego widza nie było w tym wiele imponującego. Ot zebrane w jednym miejscu sztuczki z telewizyjnego show "Mam talent". Dzieci odbierają to inaczej, córka bawiła się niesamowicie, oklaskiwała wszystko i co chwilę wybuchała uśmiechem. A to najważniejsze. A po cyrkach z mojego dzieciństwa pozostanie już tylko wspomnienie.

3 lipca 2012

Poznań po Euro

Wszyscy podsumowują Euro 2012 więc i ja się pokuszę o kilka słów moich przemyśleń:
 
1. Strefa Kibica. Na początek to powiem, że cieszę się że jest już po. Nie abym był jakimś przeciwnikiem Euro, ale co mnie denerwowało to wychwalana wszech o wobec Strefa Kibica. Mi akurat kompletnie nie leżała, bo nie mogłem dojechać do rodziców, którzy mieszkają w samym jej centrum. Wybierając lokalizację strefy nikt nie myślał o okolicznych mieszkańcach. Bałagan był, korki i wielki chaos.

2 Zyski. Wiele się o tym mówi, tylko szkoda, że zarobili restauratorzy, że zarobili hotelarze, sprzedawcy pamiątek, gadżetów, taksówkarze. Biznes zrobili też zbieracze puszek- dziennie można było wyzbierać aluminium nawet za 200zł. (dlaczego nie wziąłem sobie urlopu?). No i co z tego że mówi się o milionach euro jakie zostawili kibice. Te pieniądze trafiają do poszczególnych przedsiębiorców. A budżet miasta pozostaje niestety z dziurami i długami. Zastanawiam się tylko, czy to co zostało rozbudowane to pozostanie na przyszłość, czy może każdy zwinie swój interes bo co miał zarobić to zarobił.

3. Inwestycje drogowe. Nie skończono wielu remontów i niestety będą one trwały nadal po Euro. Zaczęliśmy, rozkopaliśmy to i trzeba dokończyć, więc i wydać kolejne pieniądze. Bo skoro wydaliśmy już tyle to szkoda marnować szansy na dokończenie. A na oświatę nie ma i zamyka się przedszkola i szkoły, bilety MPK drożeją bo trzeba spłacić nowe tramwaje, strefa parkowania powiększona godzinowo i droższa bo trzeba budżet kleić. I tak będziemy to Euro odczuwać przez kolejne 10-15 lat. Remonty podstawowe ograniczone bo nie ma pieniędzy, ale przecież Grunwaldzka z dworcem autobusowym na Junikowie musi być dokończona (a miała być na Euro), tramwaj na Franowo musi być dokończony (a miał być na Euro), PESTKA musi być zrobiona (a miała być na Euro), zachodnia obwodnica Poznania nie jest zamknięta (a miała być na Euro), ICHOT daleko w polu (nie wiem po co to komu miało być na Euro) itd...

4. Chaos komunikacyjny. Kolejna rzecz to nikt nie policzył ile stracił przeciętny obywatel stojąc w korkach. Ile ja godzin wystałem aby dojechać do domu przez paraliż na Grunwaldzie. Teraz przeliczyć to na złotówki i przemnożyć przez wszystkich takich nieszczęśników jak ja? Majątek! I jeszcze nie wiadomo co nas czeka jak zamkną Kaponierę. Fakt- mamy teraz gładkie i piękne ulice, ale kosztem wielu milionów.

5. Stadion. Mamy jaki mamy. Podobno miejski, ale zarządzany przez Lecha. Warta się odcina i remontują swoje boisko na Wildzie więc zamiast zarabiać to będzie stał i z roku na rok niszczał, aż na trybunach lepsza trawa wyrośnie jak na płycie boiska. Czasem pewnie jakiś koncert zorganizują i na tym się skończy. A nie daj Boże Lech Poznań spadnie z formą to największa polska pieczarka będzie świecić pustkami.

6. Turystyka. Czy na pewno ludzie wrócą do Poznania? Kibice to specyficzny typ obywateli, przyjechali tutaj za swoją drużyną i nie jestem przekonany czy wrócą na wakacje. Czy my jeździmy z większą częstotliwością teraz do Bragi, Turynu, Manchesteru, Salzburga, bo tam grał Kolejorz?

Podsumowując. Euro wyszło na duży plus. Ale dla kraju, dla Polski! Złamaliśmy stereotypy o tym że w Polsce nic nie ma. Dlatego zdziwienie dziennikarzy z Azji że u nas komórki normalnie działają, że mamy swobodny internet i drogi jako takie. Że jedzenie mamy w sklepach i ogólnie jesteśmy normalnym krajem. Tymczasem dla Poznania? Czy warto było dla trzech meczy robić takie koszty? Bo nie łudźmy się. Kibice kasę zostawili, ale budżet miasta dołożył grube dziesiątki milionów i z wielkimi długami będzie wchodzić w kolejne lata. Mamy nowy terminal lotniczy, więc oby tylko ludzie chcieli latać. Będzie nowy dworzec- bo to co teraz jest to dworcem nie nazywam. Z tego akurat się cieszę że ruszyli tę kupę gruzu, ale mam wątpliwości czy taki właśnie dworzec chciałem widzieć. Bo nie podoba mi się i będę o tym głośno mówił. Jest autostrada do granicy i do Warszawy, ale i tak nią jeździć nie będę bo nie będzie mnie stać takie opłaty przy bramkach. Mam mieszane uczucia co do wszystkiego. Oby się nie okazało że za kilka lat Poznań będzie najmniej remontowanym miastem, z najdroższymi opłatami i najdroższym życiem bez szans na nowe inwestycje a co za tym idzie na dalszy rozwój.

24 kwietnia 2012

Przedszkolny misz-masz

Wczoraj w Poznaniu było ogłoszenie wyników naboru do przedszkoli na kolejny rok 2012/2013. Natalka startowała do nowego przedszkola, tym razem na Ratajach. Niestety ratajskie przedszkola budowane niemal 30 lat temu nie wzbudzają mojego zachwytu. Widać jeszcze elementy minionego ustroju i bardzo dużo im brakuje do nowoczesnych placówek. Zachwycony nimi nie jestem, ale postanowiliśmy posłać córkę do takiego przedszkola aby było blisko domu. Nie jestem zwolennikiem ciągania dziecka przez pół miasta do konkretnej placówki, aby popołudniu ponownie przebijać się przez korki i tracić cenny czas aby dostać się do dziecka które zostawiłem w innej części miasta.
No i wracając do wyników- Natalka dostała się. Więc kamień z serca, bo w tym roku miejsc w przedszkolach jest mniej jak chętnych. Tutaj na pewno jest radość. Ale nie rozumiem jednego. Stworzono grupę mieszaną, tak więc nasza niespełna 4-latka będzie chodzić z 4, 5 i 6-latkami. Czegoś tutaj nie rozumiem. Przecież dla takich dzieci, to czy mają 4 czy 6 lat, to ogromna różnica rozwojowa, przepaść w wielu codziennych czynnościach. Poza tym gdzie tutaj mówić o realizacji programu wychowawczego? Przecież starsze dzieci uczą się już literek, liczyć, mają inne cele niż takie maluchy. Tak samo inne tematy między takimi dziećmi,  różne zainteresowania, nie wspominając o zabawach. Nie wiem czy to jakiś eksperyment czy forma praktykowana od lat w tym przedszkolu. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Zawsze było że dzieci zbliżone wiekowo a nie rozpiętość 2 lat. Nie wiem co o tym myśleć. Bo jedyny wniosek jaki się nasuwa, to albo te 6-latki zdziecinnieją, albo moja córka za rok będzie czytać.

21 lutego 2012

Spotkałem biedę

Wczoraj miałem sytuację z jaką spotykam się często. Proszono mnie na ulicy o pieniądze. Jak zawsze w takich sytuacjach odmawiam dawania gotówki bo ludziom mało się ufa i tak naprawdę nie wiem na co pójdą te pieniądze. Ale wczorajszy przypadek był inny:

Zaczepił mnie młody chłopak, może z 16 lat. Wyglądał autentycznie na takiego co raczej mu się nie przelewa, wytarte tenisówki na mrozie, sfatygowana kurtka, rozdarty plecak wypchany po brzegi. Zagaduje mnie:
- Przepraszam, nie miałby pan może kilka groszy na jedzenie?
- Nie nie mam- odpowiedziałem jak zawsze.
- A może pan mi kupić coś do jedzenia? PROSZĘ! Chociaż zwykłą bułkę bo jestem głodny.
W tym momencie już się waham. Zerknąłem na chłopaka i wyglądał mi dość autentycznie w tym co mówił.  Padły słowa proszę i głodny- przejść obojętnie? Więc powiedziałem:
- Słuchaj. Idę za moment do Biedronki, jeśli poczekasz tam pod sklepem to jak wyjdę to Ci coś dam.
- Dobrze, dziękuję! Będę czekać.

Chłopak poszedł za mną ale szczerze mówiąc nie wierzyłem że po wyjściu ze sklepu będzie tam stał. Tym bardziej, że zakupy chwilkę mi zajęły, do tego kolejka przy kasie, więc może z 10-15 minut to trwało. Wychodzę z koszykiem, stoi przed sklepem i błagalnym wzrokiem parzy w moim kierunku. Miałem przygotowane 2 bułki, dołożyłem mu jabłko i sałatkę na którą sam miałem ochotę. No cóż mi nie ubędzie a widać jemu naprawdę zależało. Wręczyłem mu woreczek i... dawno nie widziałem aby ktoś tak się rzucił na suchą bułkę. On naprawdę był głodny. Wyglądał w tym wszystkim jakby naprawdę długo nie jadł. Nic więcej nie pytałem. Nawet by mi nie odpowiedział bo napchał sobie tej bułki do ust i miałem wrażenie że się nią zaraz udusi. 
Tak wygląda właśnie bieda. Ten chłopak często będzie mi przychodził na myśl. Będzie stawał przed oczami wówczas gdy ktoś będzie biedolił że mu pieniędzy brakuje, że ledwo starcza do pierwszego. Sam czasem narzekam na różne sprawy, ale takiej sytuacji kiedy nie mam na bułkę jeszcze nigdy nie miałem. Więc cóż tak naprawdę mogę wiedzieć co to znaczy nie mieć pieniędzy czy być głodnym. Mi w każdym razie nic nie ubyło, jemu może przywróciłem nadzieję w ludzi. A jeśli nawet nie to chociaż zaspokoiłem pierwszy głód.

21 września 2011

Przestępstwa Gospodarcze

Wokoło często słyszymy o dokonywaniu przestępstw gospodarczych, o defraudowaniu ogromnych kwot, korupcji. Nie należą do rzadkości takie przypadki jak zatajanie dochodów, unikanie płacenia podatków czy też z nieco innej strony jak niedoskonałość systemów księgowych. Coraz bardziej otwarcie mówi się również o kreatywnej księgowości i nadużyciach związanych z tym pojęciem. Polskie prawo gospodarcze (i nie tylko) zapewne ma wiele różnego rodzaju luk i nieścisłości, że z powodzeniem można obchodzić pewne przepisy. Albo w dużej mierze naciągać interpretację innych. Pomysłowość osób które chcą coś zataić przed organami skarbowymi jest nieograniczona. Jednym się udaje, inni wpadają na początku, jeszcze inni po wielu latach. Pytanie jakie się nasuwa, to czy można gdzieś nauczyć się matactwa i kombinowania, czy po prostu trzeba mieć w sobie żyłkę do oszustw.

Nauczyć się oszukiwać oficjalnie pewnie nie idzie. Ale na pewno można się nauczyć zapobiegania i wykrywania różnego rodzaju przestępstw gospodarczych. Kolega właśnie przedstawił mi ofertę całkiem ciekawych studiów na ten temat. Szczerze? Zaskoczony jestem, że takie kierunki istnieją. Bo tak logicznie myśląc, taką wiedzę można wykorzystać dwojako. Albo zgodnie z założeniem programu edukacyjnego danego kierunku studiów wiedzę wykorzystujemy aby wykryć nieprawidłowości w różnych jednostkach gospodarczych, albo w drugą stronę, aby samemu wykorzystać nabyte doświadczenie do tego aby pewne rzeczy zataić niekoniecznie do końca zgodnie z przepisami. Bo przecież jeśli ktoś tworzy doskonałe programy zabezpieczające komputery przed hakerami, doskonale wie jak te bariery obejść. Jeśli natomiast ktoś zakłada alarmy w mieszkaniach, również wie gdzie je wyłączyć. W myśl tego, jeśli więc ktoś wie jak wykryć wałek finansowy to pewnie też wie w jaki sposób był zakamuflowany. Oczywiście tutaj problem łączy się jeszcze z czymś takim jak etyka zawodowa i lojalność wobec siebie i innych. 

W każdym razie myślę, że jeśli ktoś ma w sobie odrobinę wiedzy z zakresu prowadzenia działalności, liznął nieco doświadczenia w pionach finansowo-księgowych i jeszcze ma w zamiarze otworzyć własny interes to takie studia mogą być i pomocne i być może nawet otworzą wiedzę do przysłowiowej "żyłki złota". Czy też  przyniosą kolejne ciekawe doświadczenie z dobywaniu wiedzy.

Więcej informacji o tych studiach można przeczytać na stronach Wyższej Szkoły Handlu i Rachunkowości w Poznaniu.

8 lipca 2011

Małe rzeczy

W ostatnim czasie bardzo podoba mi się nowa piosenka Sylwii Grzeszczak. Moim zdaniem pretendent do polskiego hitu 2011. Mało która polska piosenka ostatnio wpada mi tak w ucho jak "Małe rzeczy". A poza tym strasznie mi się podoba głębszy sens tekstu. Może ktoś powie że banalne, jednak Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest... z powodzeniem może stać się mottem życiowym.

9 maja 2011

Wakacji... chciałoby się

Oglądałem sobie dziś zdjęcia z ubiegłorocznych wakacji. Swoją drogą, jak ten czas szybko leci. Na najbliższe dni zapowiadają piękną słoneczną pogodę. Aż normalnie zachciało mi się gdzieś wyjechać. Słoneczko, ciepło, błogi stan rozleniwienia, nic tylko pakować walizki i jechać. Ale gdyby to było takie proste:)  W tym roku jednak nie przewidujemy dłuższego wyjazdu. Prócz jednego przedłużonego weekendu nad morzem nie mamy żadnych planów wyjazdowych. Większość wolnego czasu pewnie spędzimy na działce. Jest to też fajny sposób na relaks i odpoczynek. Nie mniej jednak wspominając zeszłoroczne wakacje i patrząc jak ciepło robi się za oknem chciałoby się wyskoczyć gdzieś na kilka dni. Niekoniecznie daleko, nawet nad jeziorko, do lasu. Oj jak ja lubię naturalne ciepełko.

I jeszcze fotka z zeszłorocznych wakacji w Beskidach (tuż przed burzą).

13 kwietnia 2011

Minął kolejny rok

Przychodzi raz do roku taki dzień, który powoduje wiele refleksji w człowieku. Czas szybko ucieka, w lustrze co jakiś czas widzimy zmiany, ale tak naprawdę człowiek zastanawia się jaki to był ten ostatni rok. Może i w tym roku te refleksje nie były by tak głębokie gdyby nie to, że z żoną obejrzeliśmy film/reportaż pod tytułem "W milczeniu". To chyba troszkę sprowokowało moje myśli w dniu moich urodzin. Bo wspomniany film pokazuje jak to naprawdę bywa w życiu, kiedy nie wiemy co nas spotka kolejnego dnia. Wszystko pięknie się układa, życie spokojne, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego co nas czeka. Tego niespodziewanego, nagłego, co spada jak grom z jasnego nieba. 
I przez to zacząłem się zastanawiać jak to jest ze mną. A właściwie co zmieniło się przez ostatni rok. Czy te ostatnie 12 miesięcy mogę uważać za udane. W tym sensie czy aby czegoś nie przegapiłem, czy swoją osobą dałem innym tyle ile ode mnie oczekiwali. Ba! A może powinienem więcej dać. Te nasze życie jest takie kruche i człowiek nie chciałby później niczego żałować. Zawsze takie refleksje człowieka nachodzą kiedy przekręca się kolejna cyferka licznika. A może tylko ja tak mam?

4 marca 2011

Dieta

Ostatnio wszędzie wokół mnie pojawia się słowo dieta. Nie wiem czym to jest spowodowane, czy zbliżającym się postem, czy taką modą, tym że zbliża się wiosna i zrzucamy z siebie płaszcze pokazując to co mamy pod spodem. A może jeszcze do tego dochodzi wczorajszy czynnik jak Tłusty Czwartek. W każdym razie w pracy ludzie odchudzają się stosując dietę (faceci również), w folderach reklamowych z marketów stawia się na to co fit i slim, w telewizji mówi się o pięknej figurze. Kiedyś kiedyś stosowałem dietę i to nawet z powodzeniem. Nie powiem nawet przez pewien okres czułem się dużo lepiej. Obecnie patrząc na siebie chyba troszkę przybyło tu i ówdzie. Może również powinienem wziąć się za siebie i troszkę pomajstrować przy zdrowej kuchni? Ciężko by mi było zrezygnować z wiejskiego chleba, kopca ziemniaków czy pysznej coca-coli która potrafi wlać we mnie strumień energii. A co z faszerowanym boczkiem do chleba i makaronem z sosem pomidorowym? Ogólnie jak już się zawezmę to mam silną wolę. Może warto spróbować? Jest weekend, muszę się z tym przespać. No bo kurcze jak inni to może ja też? Tylko pozostanie kwestia tego, na jakiego typu dietę postawić.

25 lutego 2011

Urlopowe zaległości

Oj jak dobrze, że już dziś piątek. Czuję się jakiś wyeksploatowany, chociaż tak naprawdę ten tydzień nie wydawał się jakiś pracowity. Ale cieszę się, że weekend przedłużamy sobie o poniedziałkowy urlop. Wspominam o tym, bowiem niedawno w pracy rozgorzała wojna o moją osobę. A właściwie o to, jak to może być, że w połowie lutego mam jeszcze 25 dni zaległego urlopu! A no właśnie tak się stało. Coś mi tam przeszło z 2009 roku, w 2010 brałem niewiele i tak jakoś się stało, że ciągle do pracy. Może to jest właśnie powodem tego, że nie zawsze jestem w pełni zregenerowany- ot tak właśnie jak dziś.

No cóż postanowiłem częściej urlopować się. Nie można faktycznie żyć samą pracą, odpoczynek też jest ważny. Może nie zawsze w czasie wolnym jest okazja na prawdziwy relaks, ale zawsze jest to odskocznia od pracy. Przecież te 26 dni w roku to wystarczająco aby jechać na dłuższe wakacje, aby przedłużyć sobie kilka weekendów i jeszcze zostanie sporo na pojedyncze dni które właśnie planuję przeznaczyć na typowy wypoczynek. Zawsze się dziwiłem ludziom że biorą wolne a wcale nigdzie nie wyjeżdżają. Ale powoli zaczynam dochodzić do tego, że to naprawdę nie jest takie złe. Najważniejsze wówczas aby dzień wypełnić sobie czymś ciekawym, zapomnieć o całym bałaganie z pracy i dać odpocząć szarym komórkom.

31 stycznia 2011

Szczurzy problem

Wczoraj oglądałem w telewizji "Alarm dla Paryża". Jest to film opowiadający o pladze szczurów jaka pojawiła się w Paryżu w momencie gdy zastrajkowały służby oczyszczania miasta. Sam film nie wzbudził we mnie pożądanych emocji, jak dla mnie słabo zrealizowany i to co oglądałem, to brałem wszystko z przymrużeniem oka. Nie mniej jednak fakt jest taki, że dla Paryża to nie jest mały problem. 
Należy pamiętać, że Paryż to podwójne miasto. Jedno, które widzimy własnym okiem, które znamy od zawsze. Drugie natomiast zaczyna się tuż pod powłoką chodnika. Obszar, na którym stoi Paryż, przypomina dziś ser szwajcarski. Podziemia miasta są rozległe i różnorodne: od naturalnych jaskiń i podziemnych rzek, przez setki kilometrów tajemniczych kamieniołomów rzymskich i późniejszych, kopalnie gipsu i wyrobiska, krypty i piwnice, sieć wodociągów i kanałów, schron przeciwatomowy pod Sorboną, na tunelach metra i rozległych podziemnych parkingach samochodowych skończywszy. Wszystko to sprawia wrażenie odrębnego miasta. A takie środowisko bardzo sprzyja istnieniu masy szczurów. Ile? Trudno oszacować, ale fachowcy wypowiadają się, że nawet czterokrotnie więcej niż samych mieszkańców stolicy Francji. Samo miasto liczy ponad 2mln mieszkańców, ale cała aglomeracja to już 12mln ludzi. Tak więc czyżby Paryż krył pod sobą populację aż 40mln szczurów?

Po filmie zacząłem się zastanawiać jak to wygląda w Poznaniu. Nie znalazłem nigdzie informacji na temat ilości szczurów w moim mieście. Na pewno zdecydowana ich większość żyje w okolicach Jeżyc, Łazarza i starego Grunwaldu. Oczywiście z punktem kulminacyjnym w okolicach Starego Zoo. Dlatego też niedoszła likwidacja tegoż zoo wywołała obawy że Poznań zaleje fala szczurów. Co jakiś czas dają znać o swojej aktywności właśnie we wcześniej wspomnianych okolicach. A to pojawią się w piwnicach, czasem w mieszkaniach w suterynie, to przegryzą kable, a to ziemia się zapadnie w miejscach gdzie wyżłobiły tunele.

Nie pisałbym o tym gdyby, raz nie ten film który wczoraj oglądałem i dwa, gdyby nie to że w zeszłym tygodniu miałem okazję spotkać się ze szczurem. Niedaleko od mojego bloku- raptem około 20 metrów. Jednak jego kryjówką póki co był... sklep. Celowo nie piszę jaki, aby nie robić antyreklamy. Wyskoczył sobie gryzoń z niewielkiej szpary w elewacji budynku i spacerował wzdłuż płotu. Chciałem go nagrać na telefon komórkowy, ale niestety zlewał się z otoczeniem i dość szybko uciekał przede mną. Ostatecznie schował się w nadkolu zaparkowanego samochodu. Pojawiła się u mnie wówczas wątpliwość- czy fakt spotkania szczura w miejscu publicznym powinienem zgłosić? A jeśli tak to gdzie? Bo chyba nie angażować Straży Miejskiej dla jednego szczura. A może nie jednego? Kto wie ile ich się znajduje w kryjówce. Poza tym jak udowodnię że z dziury w budynku wyszedł szczur?

21 stycznia 2011

Dzień Babci i Dziadka

Dziś Dzień Babci, jutro swoje święto obchodzą Dziadkowie. Niestety moim Babciom i Dziadkom życzenia mogę tylko przekazać w modlitwie, bo żadnej z tych osób już nie ma wśród nas. Jednych wspominam lepiej, innych gorzej. O każdym mógłbym coś powiedzieć: kto robił najlepszą pomidorową na świecie, kto mi zawsze kupował gazowany tonik jak szliśmy na zakupy, kto mi dawał ukradkiem pieniądze na hogi-gogi (hot-dogi), kto dawał się ograć w chińczyka, kto zawsze częstował landrynkami, kto robił prasowane ziemniaki, kto zabierał na przejażdżkę furmanką, kto starannie odkrawał tłuszczyk z szyneczki dla wnuczka. I tak mógłbym wymieniać, wspominać. Wszystkich pamiętam doskonale.

Ale i tak będziemy świętować. Nasza córeczka ma jeszcze i Babcie i Dziadków. I chciałbym aby tak pozostało jak najdłużej. Aby poznała ich jak najlepiej. I aby jak ja po 30 latach mogła powiedzieć o Nich same ciepłe słowa. Tak więc dużo zdrówka Babciu Maniu, Gosiu i Teresko oraz Dziadku Mieciu i Tadziu.

30 grudnia 2010

Podsumowanie

No i rok 2010 dobiega końca. Jak zwykle ten czas to moment podsumowań tego co było oraz oczekiwań tego co będzie. Jakby nie było zamyka się pewien rozdział życia i patrzy się w przyszłość z nadzieją.

Jaki był ten miniony rok? Chyba nie najgorszy. Nie było żadnych większych przełomowych momentów życiowych, nie było wydarzeń które mogłyby mieć wpływ na kolejne lata. Czyli ogólnie mówiąc bardzo spokojny, stonowany. Obfitował w sporą dawkę aktywnego wypoczynku. A to za sprawą kupionej w 2009 roku działki rekreacyjnej która bardzo nas pochłonęła. I dobrze, przynajmniej czas spędzony na powietrzu jest czasem pozytywnie spożytkowanym. Była radość z obcowania z naturą, trochę korzyści z własnych owoców i warzyw oraz cześć towarzyska. Udało nam się niespodziewanie wyskoczyć za granicę. Co prawda tylko do Pragi, ale było to moim pragnieniem. Był też krótki wypad nad morze i wakacje w górach. 
Niestety te ostatnie zakończyły się przedwcześnie pilnym powrotem z chorą córeczką. Ale na szczęście nie było to nic poważnego, a przez cały ten rok mimo wszystko zdrowie nam dopisywało. Bez konieczności antybiotyków, bez chorób czy najgorszego- pobytów w szpitalu. I to dotyczy zarówno nas jak i naszych najbliższych, z czego trzeba się cieszyć. 
Córeczka też rozwija się dobrze i każdego dnia zaskakuje nas nowymi rzeczami. Praca jest i to też trzeba docenić. Czasami mogłaby być nieco lepsza, ale mimo wszystko cieszymy się z tego co mamy.

A jaki będzie przyszły 2011 rok? Jak to się mówi oby nie gorszy od obecnego. Nie pogniewałbym się. Jedynie zacznie się małym rozczarowaniem. Mieliśmy dokonać zmiany mieszkania, ale decyzja zapadła że nie teraz. Wydawało się, że wszystko przebiegnie pomyślnie, tymczasem ryzyko aż tak wielkiego zadłużenia przerosło nas. Niestety marzenia troszkę prysły przez co uszła ze mnie energia w ostatnich tygodniach, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu i za jakiś czas powrócimy do tematu. Troszkę to zburzyło nasze dalsze plany, ale nie chcemy nic na siłę.
Poza tym nic nie przewidujemy co przyniesie najbliższe 12 miesięcy. No może prócz wysłania we wrześniu córki do przedszkola. To pewnie będzie jakiś przełomowy moment dla nas. Poza tym chciałbym aby wszystko nam się ułożyło tak jak w tym roku. Spokój, harmonia, zdrowie, ciepło rodzinne, stała praca, a do tego działka, czasem jakieś wyjście na lub poza miasto i może wakacje. Jeśli o te chodzi, to w tym roku pragnąłbym Podlasie na kilka dni. Może się uda, zobaczymy. Nie planujemy nic większego bo postanowiliśmy z żoną, że rok 2011 będzie rokiem oszczędzania. Oczywiście też nic na siłę, ale przecież nasze wspólne marzenie jest kosztowne i trzeba jakieś kroki podjąć. Zatem, do przyszłego roku!

10 grudnia 2010

Marzenia

Ostatnio chodzę troszkę przymulony. To wynik ciągłych rozmyślań, analiz, kalkulacji. Wszystko przez to, że z żoną stoimy przed ważną, powiedziałbym jak do tej pory życiową decyzją. A nie jest łatwo takie podejmować. Zbyt pochopny ruch może wiele kosztować a nieprzemyślana decyzja może mieć złe skutki. Tym bardziej, jeśli za decyzją stoją duże pieniądze. Duże to pojęcie względne oczywiście- wszystko zależy od punktu widzenia. Ale jeśli dodam że chodzi o kupno mieszkania to oczywiście zmienia postać rzeczy. Marzy nam się większe mieszkanko. Chociaż to nasze jest przytulne, miłe i pełne ciepła to jednak powoli robi się ciasne. 
Niestety za taką decyzją stoi wiele niepewności: czy uda się dobrze kupić, czy uda się obecne dobrze sprzedać, czy to właściwe miejsce aby zamieszkać na dłużej, a co ze zdolnością kredytową, czy zdrowie dopisze aby spłacić kredyt, czy praca będzie, czy to nie za duże obciążenie domowego budżetu itd. Kilka lat temu kupując obecne lokum też były wątpliwości, rzuciliśmy wszystko na jedną kartę i okazało się, że wcale nie było tak strasznie. Teraz obawy również są ale nie wiemy czy jesteśmy gotowi poddać się próbie nerwów i przeciwstawić się przeciwnościom.
Marzenia są po to aby je spełniać. Wierzę że nam się uda. Tylko nie wiem czy to jest jeszcze ten moment. Czy teraz przyszedł czas, czy może jeszcze troszkę poczekać zbierając fundusze. Jednego wieczoru moja żona powiedziała: oddajmy sprawę w ręce losu. Zabrzmiało jak jakaś wyrocznia. Ale może faktycznie tak powinno być? Więc narazie czekamy, zobaczymy co nam ten los zgotuje.

17 listopada 2010

(Nie)ruchome schody

Są czasem takie rzeczy które mocno drażnią. Wydają się zupełnie banalne, ale zachodzą za skórę. Mianowicie denerwuje mnie zachowanie w Polsce na... ruchomych schodach.

Czy my naprawdę mamy w naszym kraju aż tak dużo czasu? Dlaczego gdziekolwiek u nas w Polsce jadę ruchomymi schodami zawsze na nich się stoi. Tylko w Polsce się z tym spotkałem. Słynne londyńskie "Keep right" w metrze pokazuje, że tak naprawdę ludzie się spieszą, cenią sobie czas i pomimo wygody jaką są ruchome schody nie można sobie pozwolić aby tkwić na nich w bezruchu.

Wczoraj ponownie spotkałem się z tym w markecie. Wchodzi parka na tzw. ruchomą taśmę (nawet nie schody- nie trzeba podnosić nóg). Przed nimi pustka na około 20 metrów, za nimi ja. A oni stoją, stoją i się wleką tą taśmą podczas gdy już dawno by zeszli. Za chwilę wracam taśmą w górę. Stoi kołkiem 5 osób. Nikt nie zrobi kroku. Do samego końca muszą wyczekać aż łaskawie podjadą do góry. Nygustwo? Wygoda? Nie wiem, nie umiem tego wytłumaczyć. Przecież wszędzie na świecie obowiązuje zasada: Wchodząc na schody, przesuń się na ich prawą stronę. Lewą zostaw wolną dla tych, którym się spieszy.

29 października 2010

Przed weekendem...

Zmęczenie. To słowo, a właściwie bardziej uczucie, zaczyna mi towarzyszyć od kilku dni. Na dworze szaruga przez to więcej w domu przesiaduję. Czyli mniej świeżego powietrza, mniej ruchu. W pracy momentami kocioł, że nie wyrabiam aby wszystkiemu podołać. Nerwy też swoje robią, a te troszkę ostatnio nadszarpnięte częstymi wizytami z córeczką u różnych lekarzy. Niby profilaktyka lekarska, ale jednak później przez te zawirowania opuszcza mnie cierpliwość w podstawowych czynnościach, brakuje koncentracji. Do tego dochodzą troszkę zarywane nocki bowiem dziecko śpi niespokojnie. Wieczorem jeszcze przed godz. 21 chodzę jak lunatyk, przysypiam przed TV, nie daję rady posiedzieć nawet przed komputerem. Następnie zrywam się koło północy bo córka mnie woła. I później nie mogę zasnąć. Organizm świruje, bo zakłócany jest codzienny rytm. Na szczęście dziś zaczyna się weekend. I to nawet nieco przedłużony. Liczę że  wszystko się troszkę ustabilizuję.

Mam jednak małe obawy z racji zbliżającego się dnia Wszystkich Świętych. Zawsze uważałem to święto za spokojne, stonowane i pełne refleksji. A przede wszystkim ograniczające się do wspomnień o najbliższych i chciałbym aby takie pozostało. Czasami miałem wrażenie że to bardziej rodzinne święto niż Boże Narodzenie. Mam jednak wątpliwości czy w skutek tegorocznych tragicznych wydarzeń nie będzie to kolejny raz rozpamiętywanie o osobach publicznych, medialnych, tych o których mówiło się więcej po śmierci niż za życia. Czy aby nadchodzący weekend nie będzie "przesłodzony" nad wyraz głębokim żalem po tym co było. Czuję, że nieoficjalnie będzie to kolejna żałoba narodowa (Smoleńsk, wypadek pod Berlinem, niedawne zabójstwo w Łodzi, tragedia przeładowanego busa,...).

Wiem, pamięć i szacunek się należy. Ale ile można. Wszystko rozumiem, ale należy się nieco umiaru w pewnych sprawach. Jak wspomniałem na początku- jestem zmęczony i nie mam ochoty wysłuchiwać publicznych debat na temat tego co było, dlaczego tak się stało, jak zapobiec, kto zawinił itp. Nie chcę aby były to dni wytężonej kampanii wyborczej. Oby tylko pogoda dopisała, to wówczas uda mi się odciąć od publicznych wystąpień polityków, oderwać od telewizora, wyłączyć się na kilka dni. Chcę ten weekend spędzić z rodziną, wyciszyć się. Liczę też, że uda mi się zregenerować siły.

6 października 2010

2 lata temu

Takich dni jak tamten nie zapomina się. To ten jeden z nielicznych w życiu, który zostaje w pamięci w najmniejszych szczegółach. Może za kilka lat z pamięci coś umknie, ale na pewno nie zapomnę emocji z tym związanych. Nie zapomnę tego co czułem patrząc, czekając, pomagając. Każdy facet taki moment przeżywa na swój sposób- to sprawa zapewne indywidualna jak mało która. W ciągu jednej chwili nagle życie zmienia cały swój obraz. Jeszcze tego nie wiedziałem co mnie czeka. Zupełnie byłem nieświadomy tego jakie obowiązki na mnie spadną, jak zmieni się zwykły dzień jak również zmienią się priorytety życiowe. To wszystko wywróciło codzienność całkowicie do góry nogami. Pisząc to spoglądam na zegarek. Jest godzina między 14-15. Dokładnie 2 lata temu to były najcięższe chwile. To co czułem- pozwolę sobie zostawić sobie, niech zostanie w prywatnej sferze. Poza tym tych rzeczy nie da się opisać słowami. To co się w mnie kotłowało- złość, ból, bezsilność i nadzieja. Po to aby 4 godziny później emocje zmieniły się w radość, ulgę i łzy szczęścia. Teraz, po dwóch latach to szczęście wygląda tak:

17 sierpnia 2010

Płyn życia

Wróciłem z wakacji. Cało i zdrowo. Niestety jednak wielu podróżnym może się zdarzyć, że swoje wakacje przedłużą o niechcianą chorobę w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ja tego na szczęście tego nie doświadczyłem. Więc postanowiłem pomóc tym, dla których los nie był tak łaskawy. Nie ważne komu zostanie przypisana, wiem że na pewno będzie potrzebna. A mam na myśli krew. W wakacje szczególnie potrzeba, zawsze jej mało, zawsze drogocenna, ratująca życie, dająca nadzieję. Płyn, bez którego zamierają wszelkie funkcje życiowe.

Czasami zdarza się właśnie że zawitam do punktu krwiodawstwa. Nie robię tego regularnie, ale przynajmniej na jakiś czas oddam cząstkę siebie. Więc miejsce i cała procedura są mi znane. Jednak za każdym razem kiedy przekraczam próg krwiodawstwa obiega mnie jakiś dziwny strach. Nie boję się widoku krwi, nie przeraża mnie jej duża ilość, nie straszne mi są wielkie igły, bolesne ukłucie czy może jakieś omdlenia. A mimo wszystko boję się. Czego? Własnych wyników pobranej próbki przed badaniem lekarskim. Boję się, że kiedyś usłyszę- nie możemy od Pana wziąć krwi, bowiem wyniki badań są złe. Za dużo się słyszy że młodzi ludzie (na progu trzydziestki takim się jeszcze czuję) nagle mają w sobie choroby o których nawet się nie śniło. Przypadkowe dolegliwości i rutynowe badanie krwi wykazuje śmiertelne i nieuleczalne choroby które biorą się u człowieka znikąd. Czyta się, że zmarł na raka, wykryto białaczkę, coś przestaje prawidłowo pracować, w młodym organiźmie pojawia się stan zapalny itd. To jest niekiedy jak wyrok. 

To właśnie powoduje u mnie jakiś dziwny paniczny strach. Ale z drugiej strony oddając honorowo krew to także szansa na to, że w przypadku czegoś złego szybko można zapobiec jeszcze gorszym rzeczom. Czyli nie dość, że ratuję kogoś, przez przypadek mogę także uratować siebie. Bo kto z nas robi regularnie kompleksowe badanie krwi? A tutaj jest taka okazja. Tym razem wszystko OK. Wyniki mam znakomite. I oby tak dalej. Bo jak to się mówi, "Wszystko ważne, lecz zdrowie najważniejsze".


6 sierpnia 2010

Moje mieszkanie, mój świat

Czy można komfortowo żyć na przysłowiowych kilku metrach? To mnie zawsze zastanawiało, jak można sobie urządzić mieszkanie w jednym pomieszczeniu które nie zachwyca swoją powierzchnią. Nawet bardzo często będąc w różnych małych sklepikach, butikach, w myślach dokonuję absolutnej metamorfozy przerabiając pomieszczenie na mieszkalne. Może to głupie, ale mam taką przypadłość, że ze spożywczego nagle tworzę sobie wirtualny apartament. Wszystko chyba zaczęło się od tego jak kolega z podstawówki mieszkał na parterze w miejscu gdzie teraz jest utworzony sklep. Obecnie miejsce absolutnie nie do poznania. Niby wszystko tak samo, ale jakby zupełnie inaczej.

Podczas jednych z wakacji miałem również okazję zobaczyć jak wyglądają klaustrofobiczne mieszkania w Serbii. Jak ludzie żyjąc całymi rodzinami potrafią urządzić się praktycznie na pokoju z kuchnią. Widziałem też lokum parki Polaków mieszkających w Paryżu, na poddaszu. Ponoć komfortowe warunki, bo aż 12 metrów i nawet łazienka się zmieściła, wyodrębniony fragment na kuchnię i normalnie pokój. Niepojęte dla mnie jest a jednocześnie fascynujące jak można sobie usprawnić organizację dnia codziennego w tak niewielkim pomieszczeniu. Albo ludzie żyjący w przyczepach campingowych. To zaledwie 10-15 metrów a mają wszystko co niezbędne.

Oczywiście wszystko zależy od potrzeb mieszkających, od tego czym się zajmują na codzień i do czego im służy mieszkanie. Druga strona medalu, to pomysłowość jak przystosować sobie mieszkanie, aby czuć się swobodnie, wszystko było pod ręką, a jednocześnie nie było bałaganu i sterty kartonów poupychanych w kątach mieszkania. Już od dawna znane mi się pomysły przerabiania wanny na tapczan, podwieszanych szafek przy sufitach, podwójnych kredensów służących jednocześnie jako biurko i blat kuchenny. Ale to co przedstawia poniższy filmik przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ale co tu dużo mówić. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a to co zaprezentował ten młody mężczyzna jest dla mnie absolutnym szokiem!

29 lipca 2010

W pełni sezonu

Ale ostatnio mam mało czasu. Lato nas mile zaskoczyło i stąd po prostu urwanie głowy w firmie. Pewnie ktoś powie, że wariat pisze myśląc o upałach po 36 stopni jako miłe i przyjemne. A no akurat tak właśnie jest.  Może i ja osobiście ostatnio ciężko znoszę taki żar lejący się z nieba, ale za to specyfika niektórych firm polega na tym, że ekstremalne temperatury zaraz powodują zwiększone obroty. I tak właśnie jest u nas, kiedy to upały, najlepiej nieprzerwalne i długotrwałe, nieźle napędzają nam klientów. To właśnie od temperatur w czerwcu i lipcu zależy jak firma przetrzyma zimowy letarg. Ogólnie mówiąc od sezonu do sezonu.

No i przez to poruszenie pogodowe zaraz więcej papierów do przewalania, telefony nie milkną a klienci walą drzwiami i oknami. Szef z podniesionym czołem chodzi. Ba! Niemal skacze z radości, bo miesiąc lipiec okazuje się najlepszym miesiącem w 20-letniej historii istnienia firmy. Więc idąc na urlop będę czuł, że jest to zasłużone wolne. Jeszcze tylko tydzień i będzie chwilka wytchnienia od biurkowego bałaganu. Teraz temperatura też troszkę odpuściła, więc dzięki temu zdążę pozamykać kilka spraw przed wolnym. W sumie wakacyjny wyjazd coraz bliżej, ale jeszcze nim aż tak nie żyję. Mam tylko nadzieję, że uda nam się wypocząć, zrelaksować i zobaczyć kilka nowych górzystych zakątków Polski. Ale póki co jeszcze troszkę roboty, jeszcze troszkę trzeba się sprężyć, jeszcze, jeszcze...

  © Blogger template 'Isolation' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP