17 listopada 2010

(Nie)ruchome schody

Są czasem takie rzeczy które mocno drażnią. Wydają się zupełnie banalne, ale zachodzą za skórę. Mianowicie denerwuje mnie zachowanie w Polsce na... ruchomych schodach.

Czy my naprawdę mamy w naszym kraju aż tak dużo czasu? Dlaczego gdziekolwiek u nas w Polsce jadę ruchomymi schodami zawsze na nich się stoi. Tylko w Polsce się z tym spotkałem. Słynne londyńskie "Keep right" w metrze pokazuje, że tak naprawdę ludzie się spieszą, cenią sobie czas i pomimo wygody jaką są ruchome schody nie można sobie pozwolić aby tkwić na nich w bezruchu.

Wczoraj ponownie spotkałem się z tym w markecie. Wchodzi parka na tzw. ruchomą taśmę (nawet nie schody- nie trzeba podnosić nóg). Przed nimi pustka na około 20 metrów, za nimi ja. A oni stoją, stoją i się wleką tą taśmą podczas gdy już dawno by zeszli. Za chwilę wracam taśmą w górę. Stoi kołkiem 5 osób. Nikt nie zrobi kroku. Do samego końca muszą wyczekać aż łaskawie podjadą do góry. Nygustwo? Wygoda? Nie wiem, nie umiem tego wytłumaczyć. Przecież wszędzie na świecie obowiązuje zasada: Wchodząc na schody, przesuń się na ich prawą stronę. Lewą zostaw wolną dla tych, którym się spieszy.

9 listopada 2010

Witaminy

Wczorajszy dzień.
- 4:50 pobudka. Czyli jak zwykle w powszedni dzień. Nawet nieźle się wstawało bo i noc całkiem dobrze przespana. Niestety po chwili robię wszystkie czynności nieco ospale i flegmatycznie.
- 6:45 wychodzę z domu. Kilka minut później niż zawsze. Wystarczyło aby załapać się na początek porannego szczytu komunikacyjnego.
- 7:20 docieram do pracy. Ledwo kilka minut dłużej zajęły mi poranne obowiązki, a spóźnienie sięgnęło kilkunastu. Mimo wszystko mam ogromną werwę do pracy.
- Pracuję na 90% możliwości. To znaczy oczy dookoła głowy, pracuję wytężenie, nie zajmuję się sprawami pozazawodowymi. Ogólnie spory galimatias jak na poniedziałek
- 13:00 czuję się wyeksploatowany. Zaczynam się gubić, nie pamiętam co przed chwilą miałem zrobić. Wykonuję czynności bezmyślnie- zupełnie absurdalne. Mam wrażenie że narasta presja czasu na banalne czynności. Po prostu czuję zmęczenie
- 15:15 koniec pracy z poczuciem że dziś mało zrobiłem. Jest niedosyt ale jednocześnie ulga że wychodzę
- 15:40 mierzę sobie ciśnienie 153/86. Ponownie podwyższone
- 16:35 wracam do domu. Żona przygotowała pyszny obiadek, chwilka spokoju, oddechu, odpoczynku
- 20:20 usypiam córeczkę. Nie wiem kiedy zasnęła, bo ja wcześniej odpłynąłem
- 21:15 żona mnie budzi. Kąpiel, chwilę biorę się za książkę, ale oczy ponownie się kleją.
- 23:00 chyba mniej więcej ta godzina, bo nie pamiętam kiedy padam na poduszkę.

Niby dzień jak codzień. Praca, popołudniowy spokój w domu, bez pędzenia gdzieś na konkretną godzinę. A mimo wszystko czuję że brakuje mi powera. Czegoś takiego co pchnęłoby mnie do działania. Zmęczenie w pracy już przy poniedziałku (to co będzie pod koniec tygodnia?), zasypianie nad książką, drzemka przy usypianiu córki. Wyraźnie czegoś mi potrzeba. Moja żona zamówiła mi witaminy. Nigdy takich nie brałem, a może faktycznie są niezbędne. Może to pogoda, zmiana czasu, przesilenie jesienne, może sprawa podwyższonego ciśnienia? W każdym razie drażni mnie czasami moja niemoc. Zobaczymy jak będzie właśnie po witaminach. Kojarzyły mi się one zawsze ze starszymi osobami. A może po prostu wchodzę w wiek kiedy na pewne rzeczy należy zwrócić baczniejszą uwagę?

5 listopada 2010

Dwa światy

Na ogół wygląda to tak:

I. Jesteśmy umówieni do lekarza na 15:30. Wyjeżdżamy ze spokojem bo na miejscu czeka na nas miejsce parkingowe, strzeżone, zadaszone, osłonięte od wiatru. Warunki atmosferyczne nie są nam groźne, bowiem z samochodu wychodzimy na suchy beton i idziemy do windy. Drzwi otwierają się na piątym piętrze. Wnętrze przytulne, jaskrawe kolory ścian, wykładzina dywanowa na podłodze, pomieszczenia klimatyzowane. 
W recepcji siedzi miła, młoda osoba, nienagannie ubrana, zawsze w białej bluzce. Grzecznie mówi "dzień dobry" pyta o personalia. Następnie wskazuje odpowiedni gabinet po czym dzwoni do lekarza na biurko informując że przyszła pacjentka na 15:30. W tym czasie zozpłaszczamy się, kurtki chowamy do szafy na wieszaki; małe dla córeczki, duże dla dorosłych, wszystko schludnie schowane. W tym czasie córka już rozkłada się z zabawkami na podłodze lub przy dziecięcym stoliczku. Dużo przestrzeni aby wózkiem z lalą pojeździć, rozstawić całą kolekcję gumowych zwierzaków, czy puszczać samochody. Są kredki, malowanki, zabawki edukacyjne. W poczekalni najczęściej pusto, maksymalnie 1-2 osoby. 
Nie później jak na umówioną 15:30 lekarz prosi nas do gabinetu. Nie pyta o nic. Wie kto wchodzi, pani doktor już przygotowana zna historię dziecka. Wszystko w komputerze. Nie pyta o wyniki- w swoim czasie wszystko przyszło i automatycznie wpisało się w elektroniczną kartotekę. Podobnie z konsultacjami specjalistów. Nie szuka, nie pyta, lecz skupia się na pacjencie, bo cały obraz ma przed sobą- na monitorze. Miło, uprzejmie, zawsze doradzi, odpowie na pytania. Dziecko często wychodzi z upominkiem. Kieruje do kolejnego specjalisty? Nie ma problemu, wychodząc podchodzę do rejestracji. Mogę wybrać dzień, godzinę, czasami i lekarza- to co mi odpowiada najlepiej. W domu bez problemu mogę wizytę odwołać, zmienić. Nie ma w przychodni lekarza o takiej specjalności- nie ma problemu kierują nas do specjalisty na zewnątrz. Ale wówczas to już państwowa służba zdrowia i jest inaczej...

II. Wczoraj wyjeżdżamy wcześniej bo nie wiem dokładnie gdzie jest przychodnia. Deszcz zacina, wszędzie mokro, ale znajduję na ciasnej uliczce wolne miejsce do zaparkowania. Niestety w kałuży. Wychodzę na trawnik pełen psich odchodów, środkiem prowadzi wydeptana ścieżka. Obecnie zabłocona. To jedyne dojście do przychodni. Omijając kałuże, błoto i psie pamiątki z dzieckiem na ręku docieram do bramy. Okazuje się że to przyszpitalna przychodnia. Lekki dreszczyk emocji. Wchodzimy. 
Po lewej stronie jakaś wielka lada a za nią siedzą dwie babcinki. Pierwsza myśl to babcie klozetowe- tak to wyglądało. "Jak do Nowaka to na lewo iść" mówi jedna z babć. Nie wiem kim jest Nowak więc mówię że ja do kardiologa dziecięcego. Czyli jednak nie do Nowaka. Pani wypytuje o wszystkie dane, coś tam za ladą pisze- nie wiem, nie widzę. Po czym podaje mi szarą kopertę, kartkę z początku kartoteki i na kartoniku napisany numerek 3. Dobrze że byliśmy pół godziny wcześniej, okazało się bowiem, że od  15:30 dopiero przyjmuje i tutaj obowiązuje rejestracja. A więc będę czekać. "Proszę na prawo pod pokój nr 4" słyszę, więc idę. Skręcam w prawo a tam korytarz szerokości może 1,5 metra, długości 10 metrów. Są już inni pacjenci- czekają. Rozbieram się- na ścianie powieszona garderobianka z haczykami do powieszenia kurtek. Połowy haczyków nie ma, odnajduję w miarę stabilny aby kurtka nie zleciała Strasznie gorąco, bo krzesełka ustawione przy samych kaloryferach. Odstawiam krzesło na bok, bo przecież tutaj gorzej jak w saunie. Córeczka zwiedziona- nie ma zabawek, nie ma stolików dziecięcych, a na zimnej posadzce błoto z dworu. Raptem na parapecie jakieś ulotki leżą- może tym zająć dziecko? 
Coraz więcej ludzi się schodzi, a  tu raptem 15 metrów kwadratowych. Naliczyłem w pewnym momencie 24 osoby i do tego 8 krzesełek i szafa. Ciasno! Przyszła mama z niespełna miesięcznym dzieckiem. Nie ma gdzie usiąść (ja i tak później już stałem), dziecko kładzie w nosidełku na podłodze przy kaloryferze. Na szczęście maluch spokojnie śpi. Podchodzi inny, starszy chłopiec i zagląda do nosidełka, co chwilę kaszle. Nawet buzi nie zasłania nad niemowlakiem. Inna dziewczynka próbuje nawiązać kontakt z moją córeczką. Jeszcze gorzej kaszle- straszny dźwięk. Jej matka nie reaguje, Boże co ona w sobie nosi. Zaraz, zaraz czy ja przyszedłem do specjalisty czy do gabinetu dzieci chorych? Pojawia się lekarka. To kolejna wiekowa babcia, mam wrażenie że dzieci będą się jej bać. Kamienna twarz, włosy natapirowane. W między czasie kilkakrotnie gaśnie światło. W szpitalu obok ponoć remont i co jakiś czas robotnicy wyłączają prąd- praca w przychodni zamiera.
Kiedy przychodzi nasza kolej wchodzimy do gabinetu. Nie idzie otworzyć drzwi do końca- haczą o krzesełka przy biurku. Gabinet niewielki. Lekarka pisze coś w kartotece. "Moment" odpowiedziała, więc czekam. Córka zdziwiona patrzy co ona robi, że sobie coś pisze- nikt i tak tego nie rozczyta. Zaczyna mnie wypytywać, potem zabiera się za badanie. Nie umyła rąk! Nie umknęło to mojej uwadze, ale też nie ma gdzie ich umyć. W ciasnym gabinecie nie ma umywalki, nie ma mydła, środków do dezynfekcji. Nie zmienia też papierowych ręczników na kozetce. Nie wiem czy leżą tam od dziś czy od kilku dni. Tam również gorąco. Kiedy wychodzimy już do domu około 16:30 (od 15:00 w przychodni) nie widzę swojej kurtki. Przywalona innymi. Chwytam się za poszukiwania i wszystko z haczyka spada. Dokopuję się do swojej i przewieszam inne aby jakoś się trzymały. Przepychamy się przez korytarz do wyjścia. Na dworze mokro, ale chłodniej, świeże powietrze, cieszę się że już tam nie wrócimy w najbliższym czasie.

Oto obraz wizyty w gabinecie prywatnym i obsługi w państwowej służbie zdrowia. Pozostawiam bez komentarza.

29 października 2010

Przed weekendem...

Zmęczenie. To słowo, a właściwie bardziej uczucie, zaczyna mi towarzyszyć od kilku dni. Na dworze szaruga przez to więcej w domu przesiaduję. Czyli mniej świeżego powietrza, mniej ruchu. W pracy momentami kocioł, że nie wyrabiam aby wszystkiemu podołać. Nerwy też swoje robią, a te troszkę ostatnio nadszarpnięte częstymi wizytami z córeczką u różnych lekarzy. Niby profilaktyka lekarska, ale jednak później przez te zawirowania opuszcza mnie cierpliwość w podstawowych czynnościach, brakuje koncentracji. Do tego dochodzą troszkę zarywane nocki bowiem dziecko śpi niespokojnie. Wieczorem jeszcze przed godz. 21 chodzę jak lunatyk, przysypiam przed TV, nie daję rady posiedzieć nawet przed komputerem. Następnie zrywam się koło północy bo córka mnie woła. I później nie mogę zasnąć. Organizm świruje, bo zakłócany jest codzienny rytm. Na szczęście dziś zaczyna się weekend. I to nawet nieco przedłużony. Liczę że  wszystko się troszkę ustabilizuję.

Mam jednak małe obawy z racji zbliżającego się dnia Wszystkich Świętych. Zawsze uważałem to święto za spokojne, stonowane i pełne refleksji. A przede wszystkim ograniczające się do wspomnień o najbliższych i chciałbym aby takie pozostało. Czasami miałem wrażenie że to bardziej rodzinne święto niż Boże Narodzenie. Mam jednak wątpliwości czy w skutek tegorocznych tragicznych wydarzeń nie będzie to kolejny raz rozpamiętywanie o osobach publicznych, medialnych, tych o których mówiło się więcej po śmierci niż za życia. Czy aby nadchodzący weekend nie będzie "przesłodzony" nad wyraz głębokim żalem po tym co było. Czuję, że nieoficjalnie będzie to kolejna żałoba narodowa (Smoleńsk, wypadek pod Berlinem, niedawne zabójstwo w Łodzi, tragedia przeładowanego busa,...).

Wiem, pamięć i szacunek się należy. Ale ile można. Wszystko rozumiem, ale należy się nieco umiaru w pewnych sprawach. Jak wspomniałem na początku- jestem zmęczony i nie mam ochoty wysłuchiwać publicznych debat na temat tego co było, dlaczego tak się stało, jak zapobiec, kto zawinił itp. Nie chcę aby były to dni wytężonej kampanii wyborczej. Oby tylko pogoda dopisała, to wówczas uda mi się odciąć od publicznych wystąpień polityków, oderwać od telewizora, wyłączyć się na kilka dni. Chcę ten weekend spędzić z rodziną, wyciszyć się. Liczę też, że uda mi się zregenerować siły.

28 października 2010

Tak w uproszczeniu

Z cyklu: Rozmowy kontrolowane

Dawno nic nie zamieszczałem z tego co podsłuchałem. A przecież niemal codziennie słyszę przypadkowe ciekawe wyrywki z cudzych rozmów. To ze sklepu w którym najczęściej robię zakupy. Idzie dziewczynka ze swoją mamą. Na oko około 5-6 lat, w ręku niesie wielką pakę trocin dla chomika (z innego sklepu). No i tak mówi:
- Wiesz, najpierw samiczka wypluwa samca a później wypluwa samiczkę. No i później oni się kochają i ta nowa samiczka wypluwa najpierw samca a później samiczkę. I oni też się kochają i samiczka wypluje najpierw samca a później samiczkę...

Nie trudno się domyśleć co będzie dalej i dalej i tak w kółko. Dzieci na szczęście mają ten przywilej, że mogą sobie zdecydowanie upraszczać życie. A jaka równowaga tutaj panuje: po jednym samcu i samiczce na parę. Oj nie! Jednak świat dzieci jest mocno wyidealizowany.

22 października 2010

Jedz, módl się, kochaj

Tak się złożyło, że z żoną wybraliśmy się do kina. Do końca niezdecydowani na co iść i tym sposobem znalazłem się na "babskim filmie". Określenie to wybrałem głównie dlatego, iż prócz mnie ponoć na sali kinowej był jeszcze tylko jeden przedstawiciel płci męskiej. Niestety nie widziałem go. Film, a raczej kobieca opowiastka, daleko odbiegająca od rzeczywistości i realiów życia codziennego. Specyficzna fabuła filmu, którą naprawdę trzeba lubić.

Jednak filmu nie skrytykuję, bowiem mimo wszechobecnej kobiecości również i ja wyrwałem coś dla siebie. Otóż główna bohaterka grana przez Julię Roberts jeździ po świecie szukając swojego miejsca po tym jak rzuciła męża, dom, pracę (z nastawieniem na to pierwsze chyba). No i akcja rozgrywa się w trzech miejscach: Włochy (jedz), Indie (módl się), Bali (kochaj). A skoro podróże to oczywiście coś dla mnie. Jako że jestem zdecydowanie zwolennikiem europejskich klimatów bardzo przypadł mi do gustu opis Włoch. Tego jak piękny jest kraj (urzekł mnie widok Toskanii), jak żywiołowy temperament prezentują Włosi, ich miłość do futbolu i słabość do... jedzenia. A sama scena jedzenia makaronu zaprezentowana w tym filmie to jak dla mnie prawdziwy majstersztyk. Po prostu nieprzeciętnie uchwycony moment pokazujący jak naprawdę człowiek potrafi delektować się potrawami. Rewelacja!

Co jeszcze w tym kobiecym filmie co spodobało się facetowi. Samo indonezyjskie Bali- egzotyczny kraj, inna kultura, coś czego być może nigdy człowiek nie zobaczy na własne oczy. Indie już mniej mnie kręcą, więc w filmie potraktowałem je zupełnie bez emocji, aczkolwiek trzeba przyznać, że elementy kulturowe jak najbardziej obecne.

No i na koniec doskonała gra Juli Fiony (takie właśnie ma drugie imię hehehe) Roberts. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym czy mam swoją ulubioną aktorkę, ale myślę, że gdybym musiał już kogoś na siłę wybrać to byłaby ona jedną z kandydatek. Przynajmniej w tym filmie zaimponowała mi jej lekkość, swoboda aktorska. No wiadomo, tu już doświadczenie aktorki przemawia. Ale wydaje się być sympatyczną osobą i pewnie to wzbudziło zaufanie wielu kobiet które wręcz utożsamiały się z nią, razem przeżywały rozterki, trudy podejmowanych decyzji, dramaty, rozczarowania. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo jakaś dziewczyna co siedziała obok mnie normalnie ryczała jak opętana. I to też chyba jakiś fenomen tego filmu, że zwykła opowiastka zupełnie oderwana od życia wywołuje aż takie emocje. U kobiet oczywiście.


19 października 2010

Bazylika mniejsza

W jednym z artykułów przeczytałem, że Fara w Poznaniu otrzymała tytuł „bazyliki mniejszej” i już oficjalnie może się tak nazywać od niedzieli, kiedy to został odczytany dekret papieski potwierdzający nadanie tytułu. Zdziwiło mnie to ogromnie, bowiem bazylika mniejsza kojarzyła mi się zawsze z wielkimi sanktuariami kultu maryjnego, jak np. Częstochowa, Licheń, czy też Lourdes, Fatima. Tak więc pomyślałem sobie, że to naprawdę zaszczytny tytuł, bowiem w Polsce jest może tylko kilka takich obiektów. No i byłem w absolutnym błędzie jak się później okazało gdy zacząłem nieco szperać w internecie komu tak naprawdę przysługuje zaszczyt posiadania tytułu basilica minor

Jest to tytuł honorowy, nadawany przez papieża, lub w drodze prawa zwyczajowego, który otrzymują kościoły wyróżniające się wartością zabytkową, liturgiczną, pielgrzymkową i duszpasterską. OK, wszystko w przypadku Fary się zgadza prócz... no właśnie czy do Fary przyjeżdża się na pielgrzymkę? Wartość turystyczną ma raczej i to zapewne z racji bliskości Starówki, ale aby pielgrzymki przyjeżdżały, nie sądzę. Pielgrzymka to podróż podjęta z pobudek religijnych do miejsc świętych. Tutaj Fara raczej nie jest docelowym punktem wizyt w Poznaniu.

Drążę dalej i jak się okazuje, że zaszczytny tytuł od 1836 przysługuje również kościołom kolegiackim. No i wszystko w tym momencie jasne, bo Kościół Farny takim właśnie jest. Mało tego, doczytałem, że w Poznaniu basilica minor ma również Katedra Poznańska, bo posiadają go obecnie znaczniejsze kościoły katedralne i klasztorne. No proszę co za niespodzianka dla mnie! No i tym sposobem szybko wyprowadziłem się z przekonania, że to tylko nieliczne świątynie są wyróżnione. Bowiem w Polsce mamy aż 118 świątyń które mogą się tytułować jako bazylika mniejsza. Nie powiem, troszkę uszło ze mnie podekscytowanie tym tytułem dla poznańskiej Fary. Niemniej jednak pozostanie to dla mnie kościół zabytkowy o mało spotykanym wnętrzu, pięknych organach oraz kościół w którym to zostałem ochrzczony. Więc czy to bazylika mniejsza czy nie, sentyment zawsze pozostanie.



15 października 2010

Masz kasę? I tak gówno możesz...

Dziś byłem uczestnikiem dziwacznej sytuacji. To może dziać się tylko w naszym kraju. Mianowcie otrzymaliśmy skierowanie na specjalistyczne badanie krwi dla naszej córeczki. W jej wieku to badanie jest niezbędne do postawienia odpowiedniej diagnozy. Niezbędne, ale jak się okazuje trzeba je wykonać odpłatnie. Nasz Narodowy Fundusz tego nie refunduje. Już się pojawia pierwszy absurd, że coś co jest konieczne i zlecane przez lekarza nie można wykonać za darmo. Przepraszam bardzo to jest publiczna służba zdrowia, a na co idą składki, a.... No dobra, to temat na całą dyskusję.

My postanawiamy to zrobić, odpłatnie oczywiście, bo innej rady nie ma. Trudno, w końcu zdrowie jest najważniejsze. Odmówimy sobie trochę przyjemności aby wydać te kilka setek. Tak więc dziś wybieram się do placówki szpitalnej (nazwijmy ją A) aby pobrać krew. Dodam tylko, że dzień wcześniej upewniałem się czy mi to odpłatnie zrobią. Ba! Nawet cenę mi powiedziano. Po czym dowiaduję się, że nie. Oni tego nie zrobią, bo nie mają specjalistów co dokonają analizy próbki. "A z kim pan niby rozmawiał, że to panu powiedzieli?" A bo ja to wiem? Jeśli ktoś mi nawet cenę mówi, to jestem przekonany, że wszystko OK.

Kobiety powiedziały mi, że zrobi to placówka nazwijmy ją B. Trzeba zaznaczyć jedynie uprzejmość pań, że pofatygowały się zadzwonić do tej placówki B. Dodam, że to jest ten sam budynek, w ramach tego samego terenu i tego samego ogrodzenia, tylko od drugiej ulicy się wchodzi. Ale to już inną placówką się zowie a i tak lekarze Ci sami. Po czym dowiadują się, że placówka B tego nie zrobi. Mają to w pakiecie, ale tylko dla swoich pacjentów szpitalnych. Zewnętrznym odpłatnie tego nie wykonują. Że jak? Ja chcę zapłacić i oni nie chcą? Wydawało mi się, że za pieniądze nie będzie problemu zrobić tego gdziekolwiek. Polecono mi, że takie badanie w Poznaniu zrobi tylko placówka C.

Więc pakuję dzieciaka i jadę do placówki C. Odnajduję laboratorium, idę zapłacić i co słyszę? My tego nie robimy. Takie badanie to w placówce A. Ale przecież stamtąd właśnie przyjechałem. Kobieta zdumiona patrzy na mnie i bierze mnie za idiotę. Zdziwiona, że tego nie robią. Po czym błyskotliwie dodaje, jeśli w placówce A nie robią, to już na pewno zrobią to panu w placówce B. Nie proszę pani, tam też tego nie zrobią. Tam powiedzieli że tylko tutaj, w placówce C. Ręce opadają. Dezinformacja totalna. Jeśli nie w A, chociaż mi ktoś wcześniej przez telefon mówił że robią, jeśli nie w B bo twierdzą że w C i jeśli nie w C bo kierują do A i są przekonani że w B to gdzie? Aby odpłatnie nie można było zrobić nigdzie badania? Aby nawet nie wiedzieć, gdzie można, komu zlecić, kto się podejmie?

A może placówka D? Jedziemy więc do placówki D. Zrobią. Położyłem na ladę banknoty, dostałem karteczkę do odbioru wyników i mogłem dziecko prowadzić do gabinetu. Do czego to dochodzi, że badanie potrzebne, refundacji nie ma i jeszcze człowiek chcąc zapłacić prosi się aby ktoś to zrobił. Myślałem że pieniądze mogą wszytko. Widać jednak że się myliłem, może życia jeszcze nie znam? A nie można by stworzyć 2-3 specjalistycznych poradni w mieście, które odpłatnie wykonają wszystko? Służba zdrowia nigdy nie stanie na nogi, jeśli nie potrafią zbierać pieniądzy które są na wyciągnięcie ręki. A może właśnie o to chodzi, aby płacić prywatnym gabinetom, tak jak dziś to było w placówce D. Lekarze powiedzą: nie przychodź do nas do szpitala bo nie chcemy Ciebie; zrobimy to badanie u nas, po co płacić państwu.
Normalnie żyję w kraju totalnego absurdu gdzie na każdym kroku spotykam się z głupotą i paranoją!

10 października 2010

Dzień Piłkarza

Jest Dzień Matki, Dzień Kobiet, Dzień Babci, Teściowej, Ojca, Niepodległości, Dzień bez samochodu, więc dlaczego by nie miało być Dnia Piłkarza. Taki właśnie miał miejsce w piątek. Jeśli takie święto w Poznaniu, to oczywiście musiało się to wiązać z nowootwartym stadionem miejskim. Jak to żartobliwie określił jeden z dziennikarzy- odbyło się otwarcie stadionu po raz trzeci (po koncercie Stinga i inauguracji sportowej przy okazji meczu Lech-Salzburg).
Oczywiście była to nie lada atrakcja dla poznaniaków, aby wejść na stadion za darmo, obejrzeć obiekt od środka, zasiąść na trybunach i ocenić czy to arena godna europejskich rozgrywek czy też nie. No i my z rodzinką nie ominęliśmy tej okazji aby wybrać się na spacer właśnie na Bułgarską.



Na początku swoje świętowanie rozpoczęli najmłodsi piłkarze, być może przyszłość naszej piłki nożnej. Po skończonych rozgrywkach wszyscy zwycięzcy zostali nagrodzeni, a gratulacje młodym talentom składał sam były selekcjoner reprezentacji Polski- Andrzej Strejlau.



Na koniec jednak czekała prawdziwa gratka dla przybyłych na Stadion Miejski. Mecz oldboyów Poznania i Łodzi. Mecz wygrała drużyna przyjezdnych wynikiem 3:4. Ale najważniejsze w tym wszystkim było sobie powspominać nazwiska które kilkanaście lat temu rozgrzewały kibiców. Między innymi po stronie Poznaniaków grali tacy piłkarze jak: Juskowiak, Araszkiewicz, Rzepka, Dembiński czy chyba najbardziej utytułowany Mirosław Okoński.



Tak więc humory dopisały, bo za jednym zamachem można było obejrzeć i nowy stadion i stare gwiazdy. Oczywiście nasza córeczka była zachwycona miejscem w które ją przyprowadziliśmy. A przede wszystkim... krzesełkami i piłkami na boisku. Nie odmówiła sobie również gorącego dopingu słowami: gola! brawo! Teraz nie pozostanie mi nic innego jak zabrać ją na prawdziwy mecz.

6 października 2010

2 lata temu

Takich dni jak tamten nie zapomina się. To ten jeden z nielicznych w życiu, który zostaje w pamięci w najmniejszych szczegółach. Może za kilka lat z pamięci coś umknie, ale na pewno nie zapomnę emocji z tym związanych. Nie zapomnę tego co czułem patrząc, czekając, pomagając. Każdy facet taki moment przeżywa na swój sposób- to sprawa zapewne indywidualna jak mało która. W ciągu jednej chwili nagle życie zmienia cały swój obraz. Jeszcze tego nie wiedziałem co mnie czeka. Zupełnie byłem nieświadomy tego jakie obowiązki na mnie spadną, jak zmieni się zwykły dzień jak również zmienią się priorytety życiowe. To wszystko wywróciło codzienność całkowicie do góry nogami. Pisząc to spoglądam na zegarek. Jest godzina między 14-15. Dokładnie 2 lata temu to były najcięższe chwile. To co czułem- pozwolę sobie zostawić sobie, niech zostanie w prywatnej sferze. Poza tym tych rzeczy nie da się opisać słowami. To co się w mnie kotłowało- złość, ból, bezsilność i nadzieja. Po to aby 4 godziny później emocje zmieniły się w radość, ulgę i łzy szczęścia. Teraz, po dwóch latach to szczęście wygląda tak:

  © Blogger template 'Isolation' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP