15 września 2010
Nadeszła do nas prawdziwa jesień. Wahania temperatur, zmienność pogody, szybciej robi się ciemno. Chłodzące napoje ustępują miejsca ciepłej herbatce czy gorącej czekoladzie. Za oknem mniej słońca, szaruga, słychać dudnienie deszczu o parapet. Ale moja żona uwielbia właśnie tę porę roku. Jesień to jej ukochany okres, z którym wiąże się także wiele życiowych wydarzeń. Jednym z nich jest dokładnie to sprzed trzech lat który był dla nas dniem wyjątkowym. Pogoda wówczas również nie rozpieszczała, ale mimo wszystko... ach cóż to był za dzień...
Życzę nam obojgu abyśmy w zdrowiu, szczęściu i wzajemnej miłości dotrwali razem do jesieni naszego życia. I aby co roku ta pora roku była dla nas zawsze wspomnieniem tego co najpiękniejsze.
Kiedyś, kiedyś trudno było mi w to uwierzyć, ale teraz i dla mnie jesień stała się wyjątkową porą roku.
13 września 2010
Dzik jest dziki, dzik jest zły...
To pierwsze słowa które nasunęły mi się na myśl w sobotę wczesnym rankiem. Oczywiście sezon grzybowy w pełni, z rodzinką wybraliśmy się więc do lasu po kolejne leśne przysmaki. Nie spodziewałem się jednak pewnego spotkania. Wchodząc w zagajnik usłyszałem szelest. Pierwsza myśl- to że pewnie ktoś już mnie wyprzedził w tym miejscu i właśnie zgarnia wszystkie borowiki. Odważnie idę do przodu i wtem... staję jak wryty na baczność. Szedłem bowiem wprost na całą watahę dzików! Niestety nasze drogi miały się skrzyżować. Ja stanąłem, one stanęły. Odległość? Wystarczająca aby wzajemnie wbijać w siebie wzrok. Z tą różnicą, że dzików było kilkanaście a ja sam jeden. Serce mi stanęło, potem zaczęło dudnić ze strachu. Na przedzie locha potężnych rozmiarów, za nią kilkanaście dzików które już nie były takie małe i słodkie jak na filmie przyrodniczym, a na końcu kolejny dorosły ogromny osobnik. Wszystkie bestie wpatrzone we mnie i gotowe sam nie wiem do czego!
Chwila w której wpatrywaliśmy się w siebie trwała wieczność. I co ja u licha mam zrobić? Rzucać koszyk i w nogi, ładować się na pierwsze lepsze drzewo czy szukać jakiegoś kija i bronić się przed atakiem? Wiem że jak dorosłe osobniki są z młodymi to są zdolne do wszystkiego w obronie potomstwa. Nie powiem ale strach mnie obleciał. Chciałem krzyknąć do pozostałych grzybiarzy aby oni chociaż wiali stąd, ja i tak już jestem stracony. Ale chyba zachowałem zimną krew bo bez gwałtownych ruchów zacząłem się cofać, cały czas śledzony wzrokiem przez bestie. Powoli, powoli do tyłu, serce dawno mi tak nie waliło. Później lekko się obróciłem i szedłem w bok tak aby nie wchodzić w drogę dzikom. One cały czas stały jak wbite i patrzyły na mnie co zamierzam zrobić. W końcu ruszyły... na szczęście przed siebie, nie za mną. Ale ja i tak wówczas przyspieszyłem kroku bo kto wie co w tych świńskich łbach siedzi.
O rany co za spotkanie! Nigdy w życiu coś takiego wcześniej mi się nie przytrafiłoChwila w której wpatrywaliśmy się w siebie trwała wieczność. I co ja u licha mam zrobić? Rzucać koszyk i w nogi, ładować się na pierwsze lepsze drzewo czy szukać jakiegoś kija i bronić się przed atakiem? Wiem że jak dorosłe osobniki są z młodymi to są zdolne do wszystkiego w obronie potomstwa. Nie powiem ale strach mnie obleciał. Chciałem krzyknąć do pozostałych grzybiarzy aby oni chociaż wiali stąd, ja i tak już jestem stracony. Ale chyba zachowałem zimną krew bo bez gwałtownych ruchów zacząłem się cofać, cały czas śledzony wzrokiem przez bestie. Powoli, powoli do tyłu, serce dawno mi tak nie waliło. Później lekko się obróciłem i szedłem w bok tak aby nie wchodzić w drogę dzikom. One cały czas stały jak wbite i patrzyły na mnie co zamierzam zrobić. W końcu ruszyły... na szczęście przed siebie, nie za mną. Ale ja i tak wówczas przyspieszyłem kroku bo kto wie co w tych świńskich łbach siedzi.
Źródło zdjęcia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzik
Autor: Petitek79 o 10:49 0 komentarze
Etykiety: Samo życie
6 września 2010
Grzybobranie
Ale za mną chodził wypad do lasu. Jejku jak już dawno na grzybach nie byłem. Nie potrafię zliczyć ile lat. A w tym roku jakoś pragnienie tak się nasiliło, że trzeba było w końcu zorganizować grzybobranie. Nawet moja żona dała się skusić. Właściwie to ona podjęła decyzję aby jechać- chyba miała dosyć mojego marudzenia. Ale normalnie jej debiut w zbieraniu grzybów zakończył się całkiem pokaźnym wynikiem i mocnym akcentem na zakończenie- ostatniego grzyba jakiego znalazła wychodząc z lasu to prawie kilogramowy prawdziwek. Jak na pierwszy raz jestem pełen podziwu dla Niej. W każdym razie trafiliśmy chyba idealnie w wysyp. Ludzi w lesie bardzo dużo, ale na szczęście grzybów jeszcze więcej. W 3 osoby w 3,5 godziny zebraliśmy około 20kg. Wynik uznaję za całkiem pokaźny. W każdym razie tyle tego było, że... normalnie jeszcze raz bym się przejechał. Niestety z Poznania do "prawdziwego" lasu to ponad 60km w jedną stronę, ale czyż nie warto? Dla takich zbirów?
Autor: Petitek79 o 08:19 3 komentarze
Etykiety: Samo życie
30 sierpnia 2010
Lourdes
Lourdes to miasto we Francji u podnóża Pirenejów. Jest jednym z największych na świecie ośrodków kultu maryjnego i celem pielgrzymek, odwiedzanym rocznie przez 6 mln osób. Według nauki Kościoła rzymskokatolickiego 11 lutego 1858 r. przy jaskini Massabielle 14-letniej Bernadecie Soubirous objawiła się Matka Boża. Zapoczątkowało to serię cudów.
"Lourdes" to także film który miałem okazję ostatnio obejrzeć. Film z gatunku jakiego nie umiem określić. Bo ani to obyczajowy, ani religijny, ani też dramat, po prostu opowiadający o świętym miejscu, gdzie wpleciona zostaje historia pewnej pielgrzymki. Niby nic szczególnego w takim filmie, a mimo wszystko zainteresował mnie. Dlaczego?
Po pierwsze ze względu na miejsce, które ciekawi mnie ze względu na swoją otoczkę jaka została stworzona wokół Lourdes. Po drugie film świetnie pokazuje problemy dzisiejszego kościoła. W jaki sposób podchodzi on do tzw. cudownych uzdrowień i jakie reakcje wywołują one wśród wiernych. Film ukazuje doskonale fakt zawiści ludzkiej i problemu pretensjonalności do świata, Boga i kościoła o to, że nie ma w nim równości i sprawiedliwości. Bo dlaczego Bóg uzdrawia kobietę której religijność jest tylko pozorna, a nie wysłuchuje próśb i gorliwych modlitw zagorzałych chrześcijan. To niemożliwe aby ją uzdrowił przecież inni potrzebują tego bardziej, oni się modlą, przyjeżdżają do Lourdes co roku- im się więcej należy.
Film porusza jeszcze jeden moim zdaniem ważny problem. Czy aby uzdrowiona kobieta potrafi docenić łaskę jaką otrzymała i będzie potrafiła dać świadectwo wiary; czy sama zmieni swój stosunek do wszystkiego, czy nauczy się pokory wobec samej siebie i tego co się stało. Według mojej oceny obdarowana poczuje, że z życia należy się jej jeszcze więcej. I to tutaj! Teraz! Natychmiast! Czy wobec takiej postawy Bóg ją karze? Czy choroba wraca? A może cudu nie było? Może ludzka zawiść sprowadza dziewczynę do punktu wyjścia? Zawiodła wiara w siebie, w pokonanie choroby, czy może za mało wiary w Boga?
Świetny film dający wiele przemyśleń. Pełen symboliki, w wielu kwestiach sceny niedopowiedziane dające możliwość własnej interpretacji. No i akcja osadzona w tak majestatycznym miejscu jakim jest Lourdes. Polecam!
Autor: Petitek79 o 14:31 2 komentarze
Etykiety: Kultura
27 sierpnia 2010
Sportowe emocje
Wczoraj miałem okazję być na meczu piłki nożnej Lech Poznań- Dnipro Dniepropietrowsk. Sam mecz o dość wysoką stawkę nie rozpieszczał jako widowisko sportowe. Ogólnie mówiąc kopanina. Dla mnie jednak w tym momencie przeżycia były jeszcze dodatkowe, bowiem miałem okazję obejrzeć stadion "od środka". Czyli nie jak dotąd z okna samochodu przejeżdżając ulicą obok, ale jako kibic na arenie na której zostaną rozegrane Mistrzostwa Europy w 2012 roku.
Ostatni raz na "starym" stadionie byłem jakieś 3 lata temu na jednej z ligowych potyczek. Teraz muszę przyznać że to miejsce zostało przerobione nie do poznania. Przede wszystkim ogromne wrażenie zrobiło na mnie zadaszenie. Idąc na mecz padał deszcz, siedząc na trybunach w ogólnie nie myślałem jaka jest pogoda. Pojemność 46tys. robi wrażenie, aczkolwiek miałem okazję kiedyś być na stadionie o pojemności 80tys.Tutaj jednak tak swojsko, bowiem rodzimy klub. Różnica z poprzednią niecką stadionową jest ogromna. Poza tym dziwnie oglądało się spotkanie nie będąc ograniczonym płotami, drutami czy rowami. Zupełnie inna mentalność- kiedyś nie do pomyślenia. No i ta atmosfera. Może do Hiszpanii czy Anglii jeszcze daleko, ale jak się zapełni stadion po brzegi, to kto wie? W każdym razie stadion na miarę europejskich potrzeb, w moich oczach wypadł pozytywnie, chociaż jeszcze nie jest dokończony.
Dla formalności: Lech co prawda zremisował, ale ten wynik premiował poznański klub awansem. Dziś kolejne emocje związane z losowaniem zasadniczej fazy Ligi Europejskiej. Do Poznania przyjadą nie byle jakie firmy, bo Juventus Turyn, Manchester City oraz Salzburg. No cóż. Europa z każdej strony i to z najwyższej półki zawitała na Bułgarską. Oby tylko jeszcze gra Lechitów była nieco lepsza.
Autor: Petitek79 o 14:29 2 komentarze
Etykiety: Moje miasto, Na sportowo
17 sierpnia 2010
Płyn życia
Wróciłem z wakacji. Cało i zdrowo. Niestety jednak wielu podróżnym może się zdarzyć, że swoje wakacje przedłużą o niechcianą chorobę w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ja tego na szczęście tego nie doświadczyłem. Więc postanowiłem pomóc tym, dla których los nie był tak łaskawy. Nie ważne komu zostanie przypisana, wiem że na pewno będzie potrzebna. A mam na myśli krew. W wakacje szczególnie potrzeba, zawsze jej mało, zawsze drogocenna, ratująca życie, dająca nadzieję. Płyn, bez którego zamierają wszelkie funkcje życiowe.
Czasami zdarza się właśnie że zawitam do punktu krwiodawstwa. Nie robię tego regularnie, ale przynajmniej na jakiś czas oddam cząstkę siebie. Więc miejsce i cała procedura są mi znane. Jednak za każdym razem kiedy przekraczam próg krwiodawstwa obiega mnie jakiś dziwny strach. Nie boję się widoku krwi, nie przeraża mnie jej duża ilość, nie straszne mi są wielkie igły, bolesne ukłucie czy może jakieś omdlenia. A mimo wszystko boję się. Czego? Własnych wyników pobranej próbki przed badaniem lekarskim. Boję się, że kiedyś usłyszę- nie możemy od Pana wziąć krwi, bowiem wyniki badań są złe. Za dużo się słyszy że młodzi ludzie (na progu trzydziestki takim się jeszcze czuję) nagle mają w sobie choroby o których nawet się nie śniło. Przypadkowe dolegliwości i rutynowe badanie krwi wykazuje śmiertelne i nieuleczalne choroby które biorą się u człowieka znikąd. Czyta się, że zmarł na raka, wykryto białaczkę, coś przestaje prawidłowo pracować, w młodym organiźmie pojawia się stan zapalny itd. To jest niekiedy jak wyrok.
To właśnie powoduje u mnie jakiś dziwny paniczny strach. Ale z drugiej strony oddając honorowo krew to także szansa na to, że w przypadku czegoś złego szybko można zapobiec jeszcze gorszym rzeczom. Czyli nie dość, że ratuję kogoś, przez przypadek mogę także uratować siebie. Bo kto z nas robi regularnie kompleksowe badanie krwi? A tutaj jest taka okazja. Tym razem wszystko OK. Wyniki mam znakomite. I oby tak dalej. Bo jak to się mówi, "Wszystko ważne, lecz zdrowie najważniejsze".
Autor: Petitek79 o 13:49 1 komentarze
Etykiety: Rozmyślania, Samo życie, Zdrowie
14 sierpnia 2010
Przerwany urlop
Chociaż należę do osób przewidujących i do wielu spraw podchodzę bardzo asekuracyjnie, to jednak wszystkiego przewidzieć się nie da. Normalnie jeszcze powinienem być z rodzinką gdzieś na południu Polski czynnie odpoczywając w Beskidach. Ale niestety już jesteśmy w domu, w Poznaniu. Jak wspomniałem, wszystkiego przewidzieć się nie da i czasami plany zmieniają się o 180 stopni. Nic nie zapowiadało takiego scenariusza. Od samego początku urlopu dosyć aktywnie chłonęliśmy piękno naszych gór nie próżnując i nie marnotrawiąc czasu na to aby nic nie robić. I chyba dlatego udało nam się w skróconym czasie zobaczyć niemal tyle co przez cały zakładany okres urlopu. A dlaczego musieliśmy przerwać nasz aktywny wypoczynek? Otóż córeczka nam się rozchorowała, wpływu na to nie mieliśmy.
Kto był kiedykolwiek z chorym dzieckiem na wakacjach dobrze wie, że to nie to samo. Człowiek jedynie w stresie żyje, a wszystko co wokoło przestaje cieszyć. Przynajmniej ze mnie zaczął się tworzyć kłębek nerwów i zaczęła się wkradać niepewność której po prostu nie lubię. A jak już tracę powoli grunt pod nogami, czy sprawy zaczynają mi się lekko wymykać spod kontroli, to wolę wycofać się na pewniejszy teren. W tym przypadku wrócić do domu. Nie było sensu siedzieć i się zamartwiać co będzie dalej. Diagnozy miejscowego lekarza jakoś również do mnie nie przemawiały.
Tak więc błyskawiczne pakowanie i nocne wracanie do domu, po to aby na drugi dzień z samego rana dziecko obejrzał zaufany lekarz. Może i decyzja zbyt pochopna, ale mimo wszystko jestem spokojniejszy, że wirus jaki dopadł córeczkę nie jest taki groźny. Poza tym uniemożliwiłby nam dalsze vojaże po beskidzkich szlakach. A siedzenie na pokoju z marudnym dzieckiem do przyjemności by nie należało. Wakacyjna przygoda szybko się skończyła, ale i tak jestem zadowolony z tego co udało nam się zobaczyć. A przede wszystkim szczęśliwy, że decyzja chociaż bolesna to jednak prawidłowa i dziś razem rodzinnie już odpoczywamy w domu. A w Beskidy pewnie przyjdzie nam wrócić nie raz, bowiem ta część naszego kraju ma sobą tyle do zaoferowania że i tak byśmy nie byli w stanie wszystkiego zobaczyć. Dla mnie jednak najważniejsze zdrowie najbliższych i to będę przedkładać ponad wszystko.
Autor: Petitek79 o 14:21 0 komentarze
Etykiety: Samo życie
6 sierpnia 2010
Moje mieszkanie, mój świat
Czy można komfortowo żyć na przysłowiowych kilku metrach? To mnie zawsze zastanawiało, jak można sobie urządzić mieszkanie w jednym pomieszczeniu które nie zachwyca swoją powierzchnią. Nawet bardzo często będąc w różnych małych sklepikach, butikach, w myślach dokonuję absolutnej metamorfozy przerabiając pomieszczenie na mieszkalne. Może to głupie, ale mam taką przypadłość, że ze spożywczego nagle tworzę sobie wirtualny apartament. Wszystko chyba zaczęło się od tego jak kolega z podstawówki mieszkał na parterze w miejscu gdzie teraz jest utworzony sklep. Obecnie miejsce absolutnie nie do poznania. Niby wszystko tak samo, ale jakby zupełnie inaczej.
Podczas jednych z wakacji miałem również okazję zobaczyć jak wyglądają klaustrofobiczne mieszkania w Serbii. Jak ludzie żyjąc całymi rodzinami potrafią urządzić się praktycznie na pokoju z kuchnią. Widziałem też lokum parki Polaków mieszkających w Paryżu, na poddaszu. Ponoć komfortowe warunki, bo aż 12 metrów i nawet łazienka się zmieściła, wyodrębniony fragment na kuchnię i normalnie pokój. Niepojęte dla mnie jest a jednocześnie fascynujące jak można sobie usprawnić organizację dnia codziennego w tak niewielkim pomieszczeniu. Albo ludzie żyjący w przyczepach campingowych. To zaledwie 10-15 metrów a mają wszystko co niezbędne.
Oczywiście wszystko zależy od potrzeb mieszkających, od tego czym się zajmują na codzień i do czego im służy mieszkanie. Druga strona medalu, to pomysłowość jak przystosować sobie mieszkanie, aby czuć się swobodnie, wszystko było pod ręką, a jednocześnie nie było bałaganu i sterty kartonów poupychanych w kątach mieszkania. Już od dawna znane mi się pomysły przerabiania wanny na tapczan, podwieszanych szafek przy sufitach, podwójnych kredensów służących jednocześnie jako biurko i blat kuchenny. Ale to co przedstawia poniższy filmik przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ale co tu dużo mówić. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a to co zaprezentował ten młody mężczyzna jest dla mnie absolutnym szokiem!
Podczas jednych z wakacji miałem również okazję zobaczyć jak wyglądają klaustrofobiczne mieszkania w Serbii. Jak ludzie żyjąc całymi rodzinami potrafią urządzić się praktycznie na pokoju z kuchnią. Widziałem też lokum parki Polaków mieszkających w Paryżu, na poddaszu. Ponoć komfortowe warunki, bo aż 12 metrów i nawet łazienka się zmieściła, wyodrębniony fragment na kuchnię i normalnie pokój. Niepojęte dla mnie jest a jednocześnie fascynujące jak można sobie usprawnić organizację dnia codziennego w tak niewielkim pomieszczeniu. Albo ludzie żyjący w przyczepach campingowych. To zaledwie 10-15 metrów a mają wszystko co niezbędne.
Oczywiście wszystko zależy od potrzeb mieszkających, od tego czym się zajmują na codzień i do czego im służy mieszkanie. Druga strona medalu, to pomysłowość jak przystosować sobie mieszkanie, aby czuć się swobodnie, wszystko było pod ręką, a jednocześnie nie było bałaganu i sterty kartonów poupychanych w kątach mieszkania. Już od dawna znane mi się pomysły przerabiania wanny na tapczan, podwieszanych szafek przy sufitach, podwójnych kredensów służących jednocześnie jako biurko i blat kuchenny. Ale to co przedstawia poniższy filmik przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ale co tu dużo mówić. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a to co zaprezentował ten młody mężczyzna jest dla mnie absolutnym szokiem!
Autor: Petitek79 o 12:08 1 komentarze
Etykiety: Rozmyślania
29 lipca 2010
W pełni sezonu
Ale ostatnio mam mało czasu. Lato nas mile zaskoczyło i stąd po prostu urwanie głowy w firmie. Pewnie ktoś powie, że wariat pisze myśląc o upałach po 36 stopni jako miłe i przyjemne. A no akurat tak właśnie jest. Może i ja osobiście ostatnio ciężko znoszę taki żar lejący się z nieba, ale za to specyfika niektórych firm polega na tym, że ekstremalne temperatury zaraz powodują zwiększone obroty. I tak właśnie jest u nas, kiedy to upały, najlepiej nieprzerwalne i długotrwałe, nieźle napędzają nam klientów. To właśnie od temperatur w czerwcu i lipcu zależy jak firma przetrzyma zimowy letarg. Ogólnie mówiąc od sezonu do sezonu.
No i przez to poruszenie pogodowe zaraz więcej papierów do przewalania, telefony nie milkną a klienci walą drzwiami i oknami. Szef z podniesionym czołem chodzi. Ba! Niemal skacze z radości, bo miesiąc lipiec okazuje się najlepszym miesiącem w 20-letniej historii istnienia firmy. Więc idąc na urlop będę czuł, że jest to zasłużone wolne. Jeszcze tylko tydzień i będzie chwilka wytchnienia od biurkowego bałaganu. Teraz temperatura też troszkę odpuściła, więc dzięki temu zdążę pozamykać kilka spraw przed wolnym. W sumie wakacyjny wyjazd coraz bliżej, ale jeszcze nim aż tak nie żyję. Mam tylko nadzieję, że uda nam się wypocząć, zrelaksować i zobaczyć kilka nowych górzystych zakątków Polski. Ale póki co jeszcze troszkę roboty, jeszcze troszkę trzeba się sprężyć, jeszcze, jeszcze...
Autor: Petitek79 o 13:16 0 komentarze
Etykiety: Rozmyślania
20 lipca 2010
Slumdog. Milioner z ulicy
Wczoraj był jakiś ciężki dzień. Od samego rana wiele rzeczy mnie drażniło i tylko czekałem, aż ktoś mi się napatoczy na kim będę mógł się rozładować. Słownie oczywiście. Później trzymało się mnie dziwne napięcie niepokoju które zawsze towarzyszyło mi w szkole kiedy nieprzygotowany do lekcji dowiadywałem się o kartkówce. Na szczęście w ciągu dnia wszystko zdołało się rozładować, a na sam wieczór żona zaproponowała obejrzenie filmu. Ostatnio jesteśmy tak zmęczeni, albo tak zabiegani, że rzadko kiedy coś wieczorem razem oglądamy. Pomysł oczywiście wyśmienity, chociaż znając siebie, nie wierzyłem, że mógłbym w trakcie filmu nie zasnąć. Mało tego, nawet nie mrugnąłem!
Wybór padł na "Slumdog. Milioner z ulicy". Film dość głośny swego czasu, lecz wcześniej nie mieliśmy okazji go oglądać. Ale mocno mnie wciągnął! Niby wydaje się taką zwykłą indyjską opowiastką, a jednak nie bez przyczyny zdobył 8 Oscarów i kilkadziesiąt innych nagród. A opowiada o Jamalu, mieszkańcu slumsów Bombaju, który w wieku 18 lat bierze udział w hinduskiej wersji "Milionerów". Od finałowej wygranej dzieli go zaledwie ostatnie pytanie, jednak zanim zdąży na nie odpowiedzieć, zostaje aresztowany przez policję, która chce się dowiedzieć jak zwykły chłopak wychowany na ulicy, pracujący jako herbaciarz, może wiedzieć aż tak dużo. Jamal opowiada prawdziwą historię dzieciństwa, przemocy oraz miłości swojego życia i przeznaczenia.
Naprawdę wciągająca historia. Moim zdaniem po mistrzowsku fabuła filmu wkomponowana w obraz prawdziwej Indii, tej której znamy z opowieści a nie z folderów biur turystycznych. Pokazane prawdziwe oblicze brutalnego życia na indyjskich ulicach, zmagania się z biedą, przeciwnościami, manipulacją i walką o przetrwanie. Kto jeszcze nie widział- szczerze polecam.
Autor: Petitek79 o 14:11 2 komentarze
Etykiety: Kultura
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Archiwum
- grudnia 2012 (2)
- września 2012 (2)
- sierpnia 2012 (3)
- lipca 2012 (5)
- czerwca 2012 (5)
- maja 2012 (3)
- kwietnia 2012 (4)
- marca 2012 (1)
- lutego 2012 (4)
- stycznia 2012 (1)
- października 2011 (5)
- września 2011 (3)
- sierpnia 2011 (6)
- lipca 2011 (7)
- czerwca 2011 (5)
- maja 2011 (4)
- kwietnia 2011 (5)
- marca 2011 (5)
- lutego 2011 (4)
- stycznia 2011 (7)
- grudnia 2010 (10)
- listopada 2010 (7)
- października 2010 (7)
- września 2010 (8)
- sierpnia 2010 (5)
- lipca 2010 (6)
- czerwca 2010 (6)
- maja 2010 (6)
- kwietnia 2010 (9)
- marca 2010 (7)
- lutego 2010 (8)
- stycznia 2010 (10)
- grudnia 2009 (15)
- listopada 2009 (10)
Kategorie
- Komunikacja miejska (15)
- Kultura (17)
- Moje miasto (26)
- Na sportowo (14)
- Oszczędności (3)
- Rataje (2)
- Rozmowy kontrolowane (14)
- Rozmyślania (43)
- Samo życie (77)
- Zdrowie (20)
Czytam innych
-
-
Wszystko, co przemija, jest tylko symbolem10 miesięcy temu
-
-
-
-
Do zobaczenia na wordpress.com7 lat temu
-
koniec blogowania tu i nowy adres7 lat temu
-
-
-
Malarstwo ścienne...10 lat temu
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-




