19 grudnia 2012

Choinka

No i jest! Pojawiła się! Piękna, zieloniutka, z kolorowymi ozdobami, ale... sztuczna. Zawsze u mnie w rodzinnym domu była sztuczna choinka. Z żywą za dużo zachodu. Teraz też kupiliśmy sztuczną choinkę. To nasze pierwsze drzewko. W poprzednim mieszkaniu nie ubieraliśmy choinki bo najpierw dziecko za małe i jeszcze nie rozumiało o co chodzi, a później najzwyczajniej brakowało miejsca. Tym razem nie było wymówki, mieszkanie duże to i miejsce na drzewko się znalazło. Ku uciesze naszej starszej latorośli- Natalki. Bo Bartek to jeszcze nie wie w czym rzecz. Zatem od kilku dni stoi i cieszy oko.

17 grudnia 2012

Wokół dzieci

Ale mnie tutaj długo nie było. Jakoś mniej czasu było na blogowanie. Większość naszego życia skupia się obecnie na dzieciach. To one teraz grają pierwszoplanową rolę w naszym życiu. Od ostatniego wpisu na tym blogu minęło troszkę czasu i sporo się wydarzyło. Oczywiście pomijam aspekt chorób, bo to niestety ciągle przewija się przez nas. Był moment że w ogóle mogłem nic nie pisać i nie mówić o niczym innym jak tylko o tym co dzieciakom dolega. A oto krótka charakterystyka naszych pociech:

BARTEK- Skończył już pół roku. Łobuz nie z tej ziemi. Czasami mam wrażenie że to on nas wychowuje a nie my jego. Ogólnie to ten mały człowieczek prawie wcale snu nie potrzebuje. Bo co to jest 2 godziny drzemki na cały dzień na 6-miesięczne dziecko. Nic tylko aby jak najwięcej się wokół się działo, oby jak najwięcej ludzi się przewijało obok niego i jeszcze najlepiej aby każdy zwracał na niego uwagę. Lubi chłopak być w centrum zainteresowania. Ogólnie dziecko pogodne, ale i czasem tak marudne że ma się dość. Tutaj na zdjęciu siedzi jeszcze oparty, ale od kilku dni samodzielnie, sztywno siedzi bez żadnych "podpieraczy".


NATALKA- W między czasie skończyła już 4 latka. To prawie dorosła dziewczyna co chodzi do przedszkola już do starszaków. Jeśli oczywiście nie choruje. Ale trzeba przyznać, że i tak ma większą frekwencję obecności niż w poprzednim przedszkolu. Tak więc jako przedszkolak w pełni korzysta z tego. Tym bardziej teraz kiedy przed świętami tak wiele się dzieje. Zrobiła się bardzo samodzielna chociaż to też mały nygusek i kiedy może to wykorzystuje rodziców do pomocy. Zaczyna też więcej jeść. Znaczy się posiłki bardziej urozmaicone. No może czas na koniec ery makaronów i rosołków. Wchodzi też w etap kiedy zaczyna ją wszystko ciekawić. Coraz częściej zadaje pytania: "A co to znaczy?" Na zdjęciu w przedszkolu podczas wspólnego (z rodzicami) ubierania grupowej choinki. Własnoręcznymi ozdobami!


12 września 2012

Szlakiem 23

Właśnie przebywam na 2-tygodniowym tacierzyńskim. A właściwie już mi się kończy ten okres wolnego od pracy. Ktoś kiedyś to wymyślił, więc korzystam- a co! Pogoda nam sprzyjała, więc nie było co w domu siedzieć, tylko malucha do wózka i zwiedzaliśmy sobie Rataje. Przeszedłem chyba wszystko wzdłuż i wszerz. Aż mi się znudziło takie bezcelowe spacerowanie. Więc zacząłem sobie obierać konkretne cele codziennych wędrówek.

Chyba jedną z moich ulubionych liczb jest 23. Więc postanowiłem pójść jej śladem i dotrzeć do wszystkich bloków oznaczonych tą liczbą na każdym osiedlu Rataj. Dodam tylko że nie korzystałem z nawigacji, żadnych map, nie pytałem się o drogę. Szedłem na ślepo, aby wymusiło to ode mnie chodzenie i celowe szukanie. Całkiem fajna zabawa. Ile mi to zajęło? Raptem 3 godziny. Oto rezulatat moich poszukiwań:

Dodam tylko, że nie odnalazłem bloku nr 23 na tzw. Os. Unii Lubelskiej. Powód? Jak się okazało jest tam raptem 18 numerów. Wydawało mi się że liczba 23 jest na tyle niska że z powodzeniem uda mi się ją odnaleźć na każdym osiedlu. Widać są też małe skupiska wielkiej płyty. A oto reszta poszukiwań w kolejności odnajdywania:

1. Osiedle Polan

2. Osiedle Powstań Narodowych

3. Osiedle Bohaterów II Wojny Światowej

4. Osiedle Armii Krajowej

5. Osiedle Rzeczypospolitej

6. Osiedle Piastowskie- najwięcej czasu mi zajęło ze względu na rozległość osiedla

7. Osiedle Jagiellońskie

8. Osiedle Oświecenia

9. Osiedle Lecha

10. Osiedle Tysiąclecia

11. Osiedle Rusa

12. Osiedle Czecha

13. Osiedle Orła Białego

14. Osiedle Stare Żegrze

4 września 2012

Przedszkolne początki

Wrzesień się zaczął, więc i nasza Natalka poszła do nowego przedszkola. Miała być w grupie mieszanej z 3-latkami i 5-latkami. Ale na szczęście zwolniło się miejsce w 4-latkach i w jej grupie są sami rówieśnicy. Z tego powodu się cieszę, bo myślę, że to na korzyść dziecka. Trochę obaw miałem, bo wiadomo: nowe miejsce, nowe osoby, inne zwyczaje, inna organizacja. Ale póki co dziecko nam się od razu przystosowało do tej sytuacji. Co prawda dziś płakała- ale to ze swoich błahych powodów z którymi już walczymy od jakiegoś czasu. Wynika to bardziej z jej nieśmiałości. Ale najważniejsze że idzie do przedszkola chętnie i z uśmiechem, nie wraca zamknięta w sobie i opowiada o tym co się działo. Więc myślę że źle nie będzie. Oby tylko nie chorowała i mogła jak najczęściej korzystać z tej formy nauki i zabawy. Podobało mi się również przyjęcie jej w gronie nowych dzieci. Bo była przedstawiona ona zarówno dzieciom jak i na zebraniu rodzice dowiedzieli się że nowa dziewczynka pojawiła się w szeregach. Widać, że panie nie podchodzą przedmiotowo do dziecka. A dziś zrobiły jej kucyki z włosków. Komu by się chciało obcemu dziecku pleść kitki- i to jeszcze takiemu co nie lubi jak się we włosach grzebie. A jednak widać że można- zaczyna mi się to przedszkole podobać:)

24 sierpnia 2012

Jest gorzej niż było!!!

Od jakiegoś czasu leczymy się prywatnie. Mamy taką możliwość i jesteśmy z tej formy zadowoleni. Nie ma większych problemów, wszystko jest na czas, nie ma opóźnień, narzekania i takich tam. Ale niestety prywatnie nie wszystko można, lub pewne rzeczy są za drogie, więc potrzebujemy skierowania do specjalisty z publicznej placówki zdrowia. Konkretnie skierowanie dla Bartusia. To niestety wiąże się z zapisaniem dziecka do publicznej przychodni zdrowia. I tutaj zaczynają się problemy. Właściwie to co ja się dziwię? Wszak to Polska właśnie!!! Nie wiem, śmiać się czy płakać. Oto nasza historia:

Żona idzie zapisać Bartka do przychodni (polecanej zresztą przez położną środowiskową) no i napotyka na problemy. Musimy się zdeklarować z kartą szczepień- inaczej nie mogą nas zapisać. Twierdzą, że nie można szczepić dziecka w jednej placówce, a leczyć w innej. Oczywiście że można, ale pamiętaj z babami ze służby zdrowia nie wygrasz i Ty racji nie masz! I tak będziemy szczepić w swoim miejscu, no ale kartę szczepień musiałem i tak przynieść. No więc załatwiłem przeniesienie karty szczepień co by im zapchać buzie. Zapisali Bartka! Ufff. No to teraz do lekarza aby wypisał skierowanie:
- No ale dziecko do lekarza do dzieci zdrowych należy zapisywać z kilkudniowym wyprzedzeniem, nie można z dnia na dzień!- usłyszała żona od pediatry. Że co? Ręce opadają! Pomijam fakt, że było to w godzinach przyjmowania dzieci zdrowych, nikogo w gabinecie nie było, a lekarka opychała się w tym czasie sałatką.
- To proszę zapisać dziecko na przyszły tydzień- spokojnie mówi żona.
- Niestety ale będę na urlopie, więc dopiero po 20-tym sierpnia- i dalej opycha się sałatką.

Dziecka nie przyjęli i odesłali nas z kwitkiem. Nie ważne że ktoś może mieć problem, że dziecko może wymagać konsultacji. Mają swoje bzdurne zasady i koniec! Ale wspomniana data minęła, więc kolejne podejście, aby zapisać Bartka do tej lekarki. No i udało się ale... No właśnie nie może być problemów:
- Dziecko zapisane na poniedziałek, ale proszę jeszcze w piątek zadzwonić koło 10:00 między 10:00 a 13:00 aby dowiedzieć się na którą godzinę przyjść.
???? A to zdziwienie z naszej strony. Myślałem że umawianie wizyt jest z góry- albo w kolejności zgłoszeń albo na konkretne wolne godziny. Dziś dodzwoniłem się (po kilku nieudanych próbach- nieodbieranie słuchawki) jak to ładnie określili około 10:00 między 10:00 a 13:00- cokolwiek to znaczy. Słyszę tak:
- Tak syn jest zapisany, ale pani doktor jeszcze nie ustaliła kolejności przyjmowania. Proszę zadzwonić po 14:00.

A niech to szlag trafi! Jak tak można? Ze wszystkim w państwowej służbie zdrowia tak jest? Bo widzę, że przez ostatnie 3 lata zmieniło się tylko na gorsze! Nam chodzi tylko o jeden głupi świstek papieru podbity pieczątką pediatry, aby dziecko mogło dostać się do "ogólnodostępnego" publicznego specjalisty. Masakra! Jeszcze nie wiem co mnie czeka po tej 14-stej. A weź teraz człowieku zaplanuj sobie coś na poniedziałek. No nie możesz bo jakaś pani ustala terminy wizyt i jeszcze tego nie zrobiła. W ogóle to wszystko to dla mnie czysta komedia!

14 sierpnia 2012

Poznańskie metro

No i jest! Linia tramwajowa na Franowo w sobotę miała swoje uroczyste otwarcie. Super, bo to przecież nasza inwestycja na Euro 2012. Ale lepiej późno niż wcale. Nowa trasa ma odcinek 2km, z czego aż ponad 1km biegnie tunelem pod ziemią. I to chyba najbardziej elektryzowało mieszkańców Poznania- mamy zalążek metra w mieście! 

Oczywiście też musiałem się przejechać tym co powodowało takie podniecenie wśród pasażerów MPK. Nie liczyłem na nic szczególnego i też nic szczególnego w tej mojej przejażdżce nie było. Jako miłośnik metra i kolei podziemnej muszę przyznać, że tak naprawdę linia ta raczej z metrem ma niewiele wspólnego. Prócz tego oczywiście, że biegnie pod ziemią. Nie ma tego klimatu, nie powoduje, że przekraczając pewną barierę człowiek zatapia się w innym, podziemnym świecie. Cóż, tunel budowany metodą odkrywkową jest tak płytko, że na przystankach słychać głosy z zewnątrz. Dochodzi też światło słoneczne więc jakie to podziemie. Doskonale pokazuje to załączone zdjęcie!

Ale co się czepiać. Chwała że po wielu przeszkodach i przeciwnościach udało się oddać ten kawałek torów do użytku publicznego. Co trzeba przyznać, to wielką estetyką wyróżniają się podziemne stacje. To chyba najbardziej mi się podobało ze wszystkiego. Estetyka i wewnętrzne wykończenie przystanków Piaśnicka/Rynek i Piaśnicka/Kurlandzka zasługuje na wysokie wyróżnienie. Na pewno sam zamysł jest dobry- bo tramwaj ma bezkolizyjną trasę przecinając tylko jedno skrzyżowanie z samochodami już na wylocie z tunelu na Franowie. Ja osobiście będę miał fajne połączenie do IKEI więc będzie można łatwiej wpaść na hot-doga:) Martwi tylko to że zabiorą mi dwie linie którymi mogłem sobie dojechać do pracy lub rodziców. Ale to nie tragedia, bo Rataje są doskonale skomunikowane z miastem. Na pewno dużo lepiej niż inne sypialnie Poznania.


13 sierpnia 2012

Po olimpiadzie

Skończyło się największe święto sportu. Po dwóch tygodniach zmagań i rywalizacji zakończyła się olimpiada w Londynie. Polacy wracają do kraju z dorobkiem 10 medali, w tym 2 złotych. Tylko? No właśnie. Denerwuje mnie ciągła nagonka na polskich sportowców. W mediach rozpoczęła się wielka debata dlaczego jest aż tak źle. Niektórzy krytykują nasz niby skromny dorobek medalowy, mówią że tak mało rekordów życiowych, narzekają na miejsca 4-10, nie wspominając o dalszych lokatach. Zawsze po tego typu imprezach słyszę że trzeba coś zmienić, że tak nie może być, po co Ci sportowcy jadą na olimpiadę kiedy nie zdobywają medali.
A ja się pytam. A co 9 miejsce jest złe? W takim razie trzeba wyjść z założenia, że jak zawodnik nie zajmie miejsca 1-3 to nie należy go wysyłać? To może w ogóle lepiej dać sobie spokój z olimpiadą?
Ja jestem zadowolony z występu Polaków. Na te warunki szkoleniowe jakie mamy w Polsce w zupełności stanęliśmy na wysokości zadania. Przyczyn takich wyników trzeba szukać w szkoleniu przyszłych sportowców. Przyjrzyjmy się jak wyglądają zajęcia z WF-u w szkołach, ilu uczniów ma zwolnienia z zajęć. i to z góry na cały rok. Zobaczmy na jakim sprzęcie ćwiczą nasze dzieci a później potencjalni sportowcy. Pieniędzy na sport ciągle brakuje to i wyników nie ma. Moim zdaniem powinniśmy zacząć w zarodku- czyli przy każdej szkole powinno być boisko, sala gimnastyczna i odpowiednie sprzęty do ćwiczeń. Sam mam przykład ze swojego liceum. WF albo w ciasnej salce gdzie na jednym materacu ćwiczą po dwie osoby, albo na niewielkiej sali gimnastycznej (góra 10x15 metrów) gdzie ćwiczą po dwie klasy na raz. Boiska sportowego nie było więc bieganie czy gry zespołowe odpadają. I jak z takiego grona wyłowić talenty sportowe?
Zresztą co tu dużo mówić. Dzieci nie mają jak godnie trenować a z zawodowcami wcale nie lepiej. Słyszymy później o absurdach typu, że Anita Włodarczyk ćwiczy w Poznaniu pod mostem nad Wartą i po każdym rzucie szuka swój młot w krzakach. No cóż. Jak nie będzie pieniędzy na obiekty sportowe to wyników również nie będzie. Za 8 czy 16 lat to z olimpiady możemy wrócić z góra 5 medalami. Świat idzie do przodu, sport stoi teraz na bardzo wysokim poziomie. Amatorstwo się nie liczy, tylko zawodowcy będą w czołówce. A polski system szkolenia młodych zdolnych ludzi póki od tej czołówki się oddala.

Jako podsumowanie: Niszczeją piękne obiekty na Golęcinie (niegdyś miano najpiękniej położonego naturalnego stadionu w Europie). Posnania wyprzedaje swój majątek i wręcz znika na naszych oczach. Stadion przy Dolnej Wildzie zarasta a na terenie gdzie były mniejsze boiska od Królowej Jadwigii powstają bloki mieszkalne. Boisko do hokeja na trawie przy Bukowskiej kilka lat temu przestało istnieć. Hipodrom Wola do wystawienia na przetarg aby łatać dziurę budżetową miasta.....

30 lipca 2012

Cyrkowe wspomnienia

W sobotę wybrałem się z Natalką do cyrku. Już od jakiegoś czasu wspominała, że że bardzo by chciała iść. A że w sobotę zawitał na Rataje, to nie można było przepuścić takiej okazji. Sam z ciekawością wybierałem się do tego cyrku, bo od czasów dzieciństwa nie miałem okazji korzystać z tej rozrywki. A poza tym sama ciekawość jak to teraz wygląda.

No i zaskoczenie! Szok! Niestety negatywnie! Kiedyś cyrk był wydarzeniem. Jak przyjeżdżał do Poznania to na tydzień, a sama budowa namiotu i instalowanie się miasteczka to około 2 dni. Dziś potrzeba było na to kilka przedpołudniowych godzin. Kiedyś namiot był ogromniasty do którego spokojnie wchodziło po 2-3 tys. osób, dziś powiedziałbym że skromny namiocik może na  500 widzów. Aby się dostać do cyrku z mojego dzieciństwa to trzeba było stać w godzinnych kolejkach do kas na długo przed spektaklem. A bilety rozchodziły się na cały tydzień z góry. W sobotę wystarczyło przyjść 15 minut przed rozpoczęciem i nie było mowy o kolejce.

A w środku? Kiedyś akrobacje gimnastyków na wielkich trapezach, na wysokich linach, niebezpiecznych równoważniach zawieszonych nawet 15 metrów nad ziemią- dziś raptem jedna osoba na niewielkim podwyższeniu. Kiedyś to głowy zadzierałem wysoko, a pod akrobatami zawsze była siatka na wypadek gdyby ktoś spadł. Dziś siatki zabezpieczającej nie ma bo gdyby ją rozciągnąć to już nic się nie zmieści ponad nią. Kiedyś główna atrakcja to tygrysy więc po przerwie zawsze budowano klatkę zabezpieczającą od widowni. Dziś nie ma mowy aby coś takiego postawić bo ledwo kto wejdzie na arenę. Zawsze miło wspominam muzykę cyrkową graną przez orkiestrę. Dziś wystarczy wodzirej stukający na klawiszach. A muzyka do poszczególnych wystąpień to współczesne przeboje disco oczywiście grane z odtworzenia. Tresura zwierząt ograniczyła się do kilku koni i niesfornych wygłodniałych kóz które korzystały z okazji aby skubać trawę na arenie. No właśnie! Kiedyś nie do pomyślenia aby arena była gołą ziemią, zawsze była zbudowana z twardego podestu. A gdzie tresowane pieski, foki, małpki czy nawet słonie? Dziś to słoń nawet by się nie zmieścił w wejściu na arenę a gdyby jakimś cudem udało się go wcisnąć do środka to spokojnie mógłby wyciągniętą trąbą sięgać wierzchołka namiotu.

Niestety to już nie to co w dzieciństwie. Sztuka cyrkowa upada. Ale mimo wszystko radość w oczach dziecka ogromna. I to jest bezcenne! Natalka nie widziała cyrków sprzed 25 lat więc dla niej nawet ten był wyjątkowym wydarzeniem. Chłonęła to co działo się na arenie, chociaż dla dorosłego widza nie było w tym wiele imponującego. Ot zebrane w jednym miejscu sztuczki z telewizyjnego show "Mam talent". Dzieci odbierają to inaczej, córka bawiła się niesamowicie, oklaskiwała wszystko i co chwilę wybuchała uśmiechem. A to najważniejsze. A po cyrkach z mojego dzieciństwa pozostanie już tylko wspomnienie.

18 lipca 2012

Pierwsze koty za płoty

No i póki co to satysfakcji z jeżdżenia tramwajem nie mam. Codziennie pada, więc żadna to przyjemność. A jeszcze są straty w sprzęcie i w ludziach. W sprzęcie bo dziś popsuł mi się parasol. A w ludziach, bo jak chciałem druty wyprostować to sobie palec przeciąłem. Tak więc jechałem dziś do pracy krwawiąc i modląc się o to aby deszcz przestał padać bo nie miałem jak się przed nim schronić.
Co prawda droga do pracy zajęła mi tylko 35 minut. Fakt że tramwaj od razu mi pasował, a z drugiej strony chyba to że półgalopem szedłem aby za bardzo nie zmoknąć. To była jedna z alternatyw, w kolejnych dniach będę testował inne połączenie i inną drogę bo taką możliwość mam. Więc teraz może być już tylko lepiej.

16 lipca 2012

Tramwaje

No i nadszedł moment kiedy odstawiam samochód i drogę do pracy będę pokonywać publicznymi środkami transportu. Takie właśnie było założenie, że zmiana mieszkania tylko w takie miejsce skąd będzie dogodny dojazd do pracy tramwajem. Więc nadszedł odpowiedni moment i dziś mam zamiar kupić sieciówkę na następne 30 dni.
Po co? A no może dla samego siebie? Człowiek tylko z domu do samochodu, później do pracy, ponownie samochodem i wszędzie na siedząco. A tak chcąc nie chcąc do tramwaju chociaż mam 300 metrów a i później 20 minut marszu od przystanku do firmy. Więc wymuszam na sobie skromny ale zawsze jakiś ruch. Tak więc czasowo dojazdy mi się wydłużą, bo ostatnio na korki nie narzekam, ale więcej ruchu no i ten kontakt z ludźmi. Bierny- ale właśnie taki jak lubię. Czyli obserwować, podsłuchiwać, analizować, domniemać- ot cały ja :) Czasowo stracę, a finansowo? Koszt dojazdów zbliżony, więc oszczędności z tego nie będzie. Ale mam nadzieję, że satysfakcja na pewno.

10 lipca 2012

Miesięcznica

Wczoraj nasza pociecha skończyła miesiąc. Chłopak rośnie i w oczach i na wadze. Nie ma jednak jeszcze swojego harmonogramu dnia. To niestety odbija się na naszej kondycji, ale nikt nie mówił że będzie łatwo. Zmęczenie jest, niedospane nocki na pewno, ale też są plusy wszystkiego z czego się cieszymy. Najważniejsze aby nam zdrowie dopisywało a z czasem wszystko pozostałe się unormuje.

3 lipca 2012

Poznań po Euro

Wszyscy podsumowują Euro 2012 więc i ja się pokuszę o kilka słów moich przemyśleń:
 
1. Strefa Kibica. Na początek to powiem, że cieszę się że jest już po. Nie abym był jakimś przeciwnikiem Euro, ale co mnie denerwowało to wychwalana wszech o wobec Strefa Kibica. Mi akurat kompletnie nie leżała, bo nie mogłem dojechać do rodziców, którzy mieszkają w samym jej centrum. Wybierając lokalizację strefy nikt nie myślał o okolicznych mieszkańcach. Bałagan był, korki i wielki chaos.

2 Zyski. Wiele się o tym mówi, tylko szkoda, że zarobili restauratorzy, że zarobili hotelarze, sprzedawcy pamiątek, gadżetów, taksówkarze. Biznes zrobili też zbieracze puszek- dziennie można było wyzbierać aluminium nawet za 200zł. (dlaczego nie wziąłem sobie urlopu?). No i co z tego że mówi się o milionach euro jakie zostawili kibice. Te pieniądze trafiają do poszczególnych przedsiębiorców. A budżet miasta pozostaje niestety z dziurami i długami. Zastanawiam się tylko, czy to co zostało rozbudowane to pozostanie na przyszłość, czy może każdy zwinie swój interes bo co miał zarobić to zarobił.

3. Inwestycje drogowe. Nie skończono wielu remontów i niestety będą one trwały nadal po Euro. Zaczęliśmy, rozkopaliśmy to i trzeba dokończyć, więc i wydać kolejne pieniądze. Bo skoro wydaliśmy już tyle to szkoda marnować szansy na dokończenie. A na oświatę nie ma i zamyka się przedszkola i szkoły, bilety MPK drożeją bo trzeba spłacić nowe tramwaje, strefa parkowania powiększona godzinowo i droższa bo trzeba budżet kleić. I tak będziemy to Euro odczuwać przez kolejne 10-15 lat. Remonty podstawowe ograniczone bo nie ma pieniędzy, ale przecież Grunwaldzka z dworcem autobusowym na Junikowie musi być dokończona (a miała być na Euro), tramwaj na Franowo musi być dokończony (a miał być na Euro), PESTKA musi być zrobiona (a miała być na Euro), zachodnia obwodnica Poznania nie jest zamknięta (a miała być na Euro), ICHOT daleko w polu (nie wiem po co to komu miało być na Euro) itd...

4. Chaos komunikacyjny. Kolejna rzecz to nikt nie policzył ile stracił przeciętny obywatel stojąc w korkach. Ile ja godzin wystałem aby dojechać do domu przez paraliż na Grunwaldzie. Teraz przeliczyć to na złotówki i przemnożyć przez wszystkich takich nieszczęśników jak ja? Majątek! I jeszcze nie wiadomo co nas czeka jak zamkną Kaponierę. Fakt- mamy teraz gładkie i piękne ulice, ale kosztem wielu milionów.

5. Stadion. Mamy jaki mamy. Podobno miejski, ale zarządzany przez Lecha. Warta się odcina i remontują swoje boisko na Wildzie więc zamiast zarabiać to będzie stał i z roku na rok niszczał, aż na trybunach lepsza trawa wyrośnie jak na płycie boiska. Czasem pewnie jakiś koncert zorganizują i na tym się skończy. A nie daj Boże Lech Poznań spadnie z formą to największa polska pieczarka będzie świecić pustkami.

6. Turystyka. Czy na pewno ludzie wrócą do Poznania? Kibice to specyficzny typ obywateli, przyjechali tutaj za swoją drużyną i nie jestem przekonany czy wrócą na wakacje. Czy my jeździmy z większą częstotliwością teraz do Bragi, Turynu, Manchesteru, Salzburga, bo tam grał Kolejorz?

Podsumowując. Euro wyszło na duży plus. Ale dla kraju, dla Polski! Złamaliśmy stereotypy o tym że w Polsce nic nie ma. Dlatego zdziwienie dziennikarzy z Azji że u nas komórki normalnie działają, że mamy swobodny internet i drogi jako takie. Że jedzenie mamy w sklepach i ogólnie jesteśmy normalnym krajem. Tymczasem dla Poznania? Czy warto było dla trzech meczy robić takie koszty? Bo nie łudźmy się. Kibice kasę zostawili, ale budżet miasta dołożył grube dziesiątki milionów i z wielkimi długami będzie wchodzić w kolejne lata. Mamy nowy terminal lotniczy, więc oby tylko ludzie chcieli latać. Będzie nowy dworzec- bo to co teraz jest to dworcem nie nazywam. Z tego akurat się cieszę że ruszyli tę kupę gruzu, ale mam wątpliwości czy taki właśnie dworzec chciałem widzieć. Bo nie podoba mi się i będę o tym głośno mówił. Jest autostrada do granicy i do Warszawy, ale i tak nią jeździć nie będę bo nie będzie mnie stać takie opłaty przy bramkach. Mam mieszane uczucia co do wszystkiego. Oby się nie okazało że za kilka lat Poznań będzie najmniej remontowanym miastem, z najdroższymi opłatami i najdroższym życiem bez szans na nowe inwestycje a co za tym idzie na dalszy rozwój.

30 czerwca 2012

Zainfekowani

No i stało się. W przedszkolu panowała ospa. Przez to nie posyłaliśmy Natalki. W czerwcu była w nim raptem tylko dwa razy. Wystarczyło aby to ustrojstwo dopadło naszą córkę. W czwartek wyskoczyła pierwsza krocha. Były wątpliwości co to. Czy to ospa czy jakieś paskudne ugryzienie. W piątek rano nie było wątpliwości- krost było więcej.
W południe wizyta u lekarza a później wszystko na wariackich papierach. Bo jak się okazało ani ja ani żona nie mieliśmy ospy. Więc na bank już byliśmy nią zakażeni. A co najgorsze w domu jest przecież trzytygodniowy Bartuś. Tak więc nadeszła gra z czasem. Natalka już do domu nie wróciła bo rozsiewa zarazki, więc tylko kwarantanna u babci. A my z żoną szybkie szczepienie. Mieliśmy 72 godziny od momentu zakażenia. Bo jeśli zachorujemy to już koniec, przecież niemowlaka nie oddamy pod czyjąś opiekę bo jest to niemożliwe. I wówczas Bartka już nic nie uchroni przed ospą.

Żyjemy teraz jak na bombie zegarowej. Czekamy czy coś na nas wyjdzie czy nie. Chociaż my to pikuś. Póki co zrobiliśmy na obecną chwilę wszystko co mogliśmy aby maksymalnie ochronić Bartka. Bo jeśli on dostanie to szpital z oddziałem zakaźnym to minimum. My zaszczepieni i pełni nadziei że nas ominie. Bartek- wielka niewiadoma. Natalka odizolowana od nas i przebywa dziadkami. No i kolejne pytanie a co z nimi? Mieli już ospę? Bo jak nie to za kilkanaście dni i ich dopadnie. Jednym słowem może być niezła rodzinna epidemia.

10 czerwca 2012

Bartuś


Jak wspominałem wcześniej, na koniec porodu sytuacja zaczęła mocno się wymykać. Tylko obecność "swojego człowieka" przy porodzie sprawiła że wszystko udało się. Szybka reakcja personelu i praktycznie minuty decydowały o tym że udało się wyciągnąć Bartusia. Niby nasza służba zdrowia jest bezpłatna, każdy ma takie same prawa, ale taka prawda, że przy porodzie jak się nie ma zaufanej osoby to tak naprawdę człowiek jest zdany na siebie i na odrobinę szczęścia. My nauczeni przykrymi doświadczeniami z pierwszego porodu nie chcieliśmy liczyć na to szczęście. I to się opłaciło, bo jak później się dowiedzieliśmy minuty zaważyły na tym że dziecko wyciągnięto żywe. Wyciągnięto bo trybie alarmowym podjęto cesarskie cięcie. Brzmi drastycznie, ale to niestety prawda. A wszystko dzięki przytomności położnej która się nami opiekowała. Jak sama później stwierdziła, mimo wielkiego doświadczenia i lat pracy, sama się bała o finisz tej akcji. Gdyby Pani E. nie było z nami mogło być naprawdę źle. 
To tak na przyszłość dla tych co będą rodzić. Nie myślcie, że wszystko dobrze się ułoży, bo niekiedy los może być nieprzewidywalny. I wówczas warto mieć przy sobie kogoś kto będzie czuwał nad wszystkim. Przykre, ale te czynności które wykonywała teraz Pani E., przy pierwszym porodzie musiałem robić ja sam. Tak mi kazano, bo nikogo innego nie było. Pacjentek więcej i nikt nie miał czasu na to aby siedzieć non stop przy nas. Pierwszy poród to była trauma. Teraz również nie było łatwo, trwało krócej, ale na szczęście był ktoś kto nad wszystkim czuwał. Dzięki temu jest Bartuś.

A oto nasz synek. Razem z mamą czują się coraz lepiej. A żona jest w zdecydowanie lepszej kondycji niż po pierwszym porodzie. A to cieszy.


9 czerwca 2012

Jestem podwójnym ojcem!!!

W końcu po długim oczekiwaniu po wyznaczonym terminie, dziś o godzinie 7:25 przyszedł na świat mój synek- Bartosz. Długość 56cm a waga to 4160. Sam poród trwał krócej niż przy Natalce bo wówczas trwało to 18 godzin od odejścia wód a teraz 4,5 godziny od rozpoczęcia skurczów. Końcówka jednak była dość nerwowa i wymykająca się spod kontroli i stąd zdecydowano się na cięcie.
Jestem ogromnie szczęśliwy, ale niepokój i obawy są ogromne. O to jak będą układać się pierwsze dni życia Bartusia oraz o to jak żona będzie dochodzić do pełni sił. Teraz czekam aż moje skarby będą mogły wyjść ze szpitala.

7 czerwca 2012

Hiszpania ponownie mistrzem?

Gorączka przed Euro 2012 rośnie. Przecież to już jutro mecz otwarcia z którym my, gospodarze wiążemy ogromne nadzieje. Ogólnie ten turniej ciekawi mnie z racji tego, że my Polacy jesteśmy właśnie współgospodarzami imprezy. Pewnie jakieś mecze obejrzę w TV, chociaż nastawiam się, że raczej te mistrzostwa przejdą bardziej koło mnie. Ze względu na to że lada moment ma się urodzić synek, więc moja uwaga będzie skierowana w inną stronę. Ale to nie zmienia faktu że można zabawić i spróbować wytypować finalistów Euro. Jako kibic mam już swoje typy. A że szukam zawsze niespodzianek, to może pewne przemyślenia mogą co niektórych zaskoczyć.

GRUPA A
Najważniejsza dla nas. Znamy realia i możliwości naszej drużyny. Apetyty rozbudzone. Mamy 4 klasowych piłkarzy i wydaje się że możemy wiele. Absolutnym faworytem pozostają Rosjanie. To chyba nie podlega wątpliwości. Czesi nie są w formie, ciągle mają kryzys swojej piłki. Podobnie jak kryzys przeżywają Grecy. Ciężki przeciwnik, ale jak się ich przełamie w pierwszym meczu to już się nie podniosą. Dlatego uważam, że z tej grupy wyjdą Rosja i Polska

GRUPA B
Ciężka grupa. Aczkolwiek wydaje mi się tutaj jasne. Jedna z największych niespodzianek- faworyci do zwycięstwa, Niemcy, nie wyjdą z grupy. Dlaczego? Bo na tym poziomie rozgrywek natrafią na innego faworyta- Holandię. Poza tym Niemcy ostatnio nic nie wygrywają, to na nich ciąży i nadal będzie wielka presja na drużynie. Więc prócz Holandii kto? Oczywiście Portugalia. Dania będzie tylko statystami w grupie. O niej też niewiele się mówi. Tak więc Holandia i Portugalia

GRUPA C
Tutaj kolejna niespodzianka- Włochy. Podzielą los Niemców i nie wyjdą z grona 4 drużyn. Uczyni to Hiszpania, która pretenduje do grona zwycięzców całego turnieju, oraz Chorwacja która wykorzysta niemoc Włochów. Poza tym sami kibice z Italii wróżą swoim piłkarzom porażkę. Więc cóż można się spodziewać więcej. Wyjdą Hiszpania i Chorwacja

GRUPA D
Nazywana grupą śmierci. Ale trzeba przyznać że zarówno Francja jak i Anglia ostatnio nic wielkiego nie osiągnęli na turniejach. Francuzi po serii zwycięstw i panowania na arenach obecnie są w dołku piłkarskim. Nikt nie wymienia ich w roli faworytów i to chyba działa na ich korzyść. Anglicy również nie prezentują nic wielkiego, ciągłe zamieszania wokół poszczególnych piłkarzy. Szwecja jakoś stoi z boku i niewiele się mówi. A drugi współgospodarz Euro wcale słaby nie jest. No chyba że faktycznie ich choroba dopadła jak to się pisze w mediach. Tutaj każdy może wygrać z każdym więc ciężko mi typować. Wydaje mi się że walka o wyjście z grupy będzie trwała do ostatnich minut. Z sentymentu stawiam na Francję i Anglię



GRUPA A:
1. Rosja
2. Polska

GRUPA B:
1. Holandia
2. Portugalia

GRUPA C:
1. Hiszpania
2. Chorwacja

GRUPA D:
1. Francja
2. Anglia


ĆWIERĆFINAŁY:
Rosja- Portugalia
Hiszpania- Anglia

Polska- Holandia
Chorwacja- Francja


PÓŁFINAŁY:
Portugalia- Hiszpania
Holandia- Francja


FINAŁ:
Hiszpania- Holandia

I co mi wyszło? Hiszpania ponownie mistrzem? Wszystko możliwe. Chociaż wolałbym aby w tym moim finale wygrała Holandia, bo pomarańczowi zawsze byli mi bliżej piłkarskiego serca. Ale póki co to tylko zabawa. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jeśli faktycznie potwierdzą się moje niespodzianki w Włochami i Niemcami to nawet scenariusz wielce prawdpodobny.

1 czerwca 2012

W oczekiwaniu

Dziś jest wyjątkowa data- 1 czerwca. I wcale nie ze względu na Dzień Dziecka. Otóż, dziś przypada dokładny termin kiedy powinien urodzić się nam dzidziuś. Ale niestety nic nie wskazuje na szybki poród. Tak więc jak to często bywa, synek będzie przenoszony. Najgorsze to jest właśnie to oczekiwanie. Natalka urodziła się 2 tygodnie przed czasem, a Bartusiowi (bo tak będzie miał na imię syn) niestety nie spieszno na wyjście na ten świat. Czekamy, czekamy i nic. Żadnych zwiastunów porodu. 2 tygodnie temu dzidziuś ważył około 3700, teraz pewnie już koło 4kg. Może w ten weekend coś się wydarzy? Już chciałbym aby było po wszystkim.

8 maja 2012

Dzieciństwo w pasiakach

Niedawno przeczytałem książkę "Dzieciństwo w pasiakach". To pamiątka zakupiona podczas zeszłorocznej wycieczki w Auschwitz. Autorem książki jest mężczyzna który spędził w Oświęcimiu kilka lat swojego dzieciństwa. Zabrany do obozu razem z matką, tam od niej oddzielony mógł liczyć tylko na siebie. Książka jest zbiorem opowiadań o życiu w obozie, o tym co widział, czuł, jak żył aby przetrwać. Spisana na podstawie autentycznych własnych przeżyć.

Czasami wraca do mnie obraz tamtej wycieczki. Miejsce robiące wrażenie, dające dużo do myślenia. Oświęcim musiał wywołać u mnie wiele emocji (chociaż pewnie ukrytych), bowiem po lekturze taj książki kilkakrotnie śniło mi się obozowe życie. Może samo słowo Auschwitz nie powoduje u mnie dreszczy na ciele, ale na pewno zadumę, niepewność i smutek. Czasami mam wrażenie, że chciałbym tam wrócić, chociaż tak naprawdę nie wiem po co. Może oddać cześć poległym, zbratać się z tymi co tam ginęli? Może jeszcze raz przejść ścieżkami śmierci? Nie wiem jednak czy po lekturze "Dzieciństwo w pasiakach" nie byłoby mi teraz trudniej na to wszystko patrzeć. Oczami czytelnika widziałbym małego wychudzonego chłopca przebiegającego gdzieś między barakami czy stojącego pod drutem kolczastym w nadziei że uda mu się gdzieś wypatrzyć matkę.

Książkę polecam, podobnie jak i samą wizytę w tym najsłynniejszym polskim obozie zagłady. Na moim drugim blogu relacje z tamtej wizyty w Auschwitz I i w Auschwitz II Birkenau.

3 maja 2012

Jak ludziom nie wstyd!

A tyle się mówiło w ostatnich dniach o fladze narodowej. Wszędzie podkreślano, że flaga jako symbol narodowy musi być schludna, czysta, wyprasowana. Powieszona w odpowiedni sposób, nie powinna dotykać ziemi. Nie wspominam już o proporcjach 5:8 jakie powinny być zachowane. Tymczasem sąsiedzi wywiesili coś co miało symbolizować flagę. Mało tego, nagle przpomniało im się dziś popołudniu że wypadałoby pokazać swoją flagę. A może celowo, myśląc że "zginie w tłumie"? W każdym razie owa flaga tuż po powieszeniu wyglądała tak:


Mało tego że pewnie była wciśnięta gdzieś w kąt, to jeszcze dotknął ją upływ czasu, lub po prostu myszy wygryzły dziury:


Pomijając że czerwień tu jest bardziej pomarańczowa, to odnośnie ustawy kolor biały na fladze polskiej przypomina bardziej kolor „srebrnobiały” („szary”) niż „biały” („śnieżnobiały”). Ale tutaj to chyba aż za bardzo szary! Ba bo pewnie nigdy nie prany!


Sposób przyczepienia do drzewca też wielce oryginalny:


Nie udało mi się jedynie uchwycić ptasich kup. Ale tylko dlatego, że po około godzinie flaga już nieruchomo pozostała w takiej pozycji:


Intensywnie będę obserwować tych sąsiadów kiedy to coś zdejmą. Bo przecież za miesiąc Boże Ciało, więc może niech już wisi. Po co tyle trudno z wieszaniem i ściąganiem!

2 maja 2012

Biało czerwona

Dziś obchodzimy Święto Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. No i tak się składa, że w te pierwsze dni majowe coraz więcej flag powiewa za naszymi oknami. I my w tym roku pierwszy raz wywiesiliśmy nasz symbol narodowy. Na naszym nowym mieszkaniu jest uchwyt na flagę, więc aż się prosiło aby ją zamieścić. Tak więc powiewa sobie za oknem, trzepocze na wietrze i co chwilę się skręca na drzewcu :)

  © Blogger template 'Isolation' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP